BLOG O ŻYCIU NA WSI

19 stycznia 2020

Białowieża

Białowieskie spotkania z żubrami – zima 2020.

Podczas ferii świąteczno - sylwestrowych udało nam się wygospodarować trzy wolne dni i wyruszyliśmy do Białowieży. Wybraliśmy ten kierunek, bo to stosunkowo blisko, a jednak dosyć egzotycznie.
   Mniej więcej w połowie drogi między Warszawą, a Białowieżą jest miejscowość Ciechanowiec, w którym ma swoją siedzibę Muzeum Rolnictwa. I zdecydowanie warto tam zajrzeć... a nawet więcej niż zajrzeć; spokojnie można tam spędzić cały dzień... a także i noc, gdyż na terenie skansenu można przenocować w stylowej, krytej strzechą chacie.
   Teren muzeum jest duży. My zwiedzaliśmy je w pośpiechu cztery godziny i nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkich. A ekspozycje, które można tam obejrzeć mogą zaciekawić szerokie grono odbiorców: 

 
Lokomobile w Ciechanowieckim Muzeum Rolnictwa...
 
  Fascynatom techniki na przykład spodobają się zapewne utrzymane w świetnym stanie parowe lokomobile, stare ciągniki, silniki i maszyny rolnicze z pierwszej połowy XX wieku. 

 
 ... narobiłem tu tyle zdjęć...
 
Wiele z nich jest na chodzie i podczas imprez organizowanych w Muzeum można zobaczyć je w działaniu. 

 
 ... że mam problem z wybraniem tych najfajniejszych...
 
Wielbiciele sztuk plastycznych mogą podziwiać ogromną kolekcję pisanek wielkanocnych, z których liczne to prawdziwe perełki.

 
 ...jajek i technik zdobienia są tysiące... chyba wybrałem najzwyklejsze.

Zadowoleni będą miłośnicy etnografii; w  skansenie zapoznać się można z rzeczywistością życia różnych warstw społecznych: od bezziemnych wyrobników, przez włościan, ubogą szlachtę, duchownych - po folwark bogatych ziemian...

 
 Jedna z chałup w skansenie.
 
 Jest też coś dla szukających mocnych wrażeń: Muzeum Weterynarii. Pełno tu przedziwnych nożyc, szczypc, rozwieraczy, siekaczy, piłek, wzierników, którymi „leczono’’ zwierzaki... Może i rzeczywiście je leczono, ale te narzędzia, a także szkice i opisy zabiegów leczniczych, normalnego człowieka przyprawiają co najmniej o dreszcze. Pewnie zresztą i dziś używa się takich lub podobnych urządzeń, ale nie widzi się tego na co dzień, więc wystawa robi wrażenie. Najrozsądniej tą część ekspozycji zwiedzać latem lub jesienią. Wtedy zszargane nerwy na pewno można uspokoić liściem melisy albo korzeniem kozłka lekarskiego z nieodległego ogródka ziołowego, który również uprawiany jest na terenie Muzeum. Teraz, zimą każde z nas pomełło trochę mąki ciężkimi żarnami w młynie wodnym i w ten sposób rozładowało napięcie po Muzeum Weterynarii. Całkiem humory nam poprawiła przewodniczka, która oprowadzała nas po muzeum. 

 Wnętrze dworu myśliwskiego. Rogi też się załapały.

W Dworku Myśliwskim opowiedziała anegdotę dotyczącą wiszących tam pięknych rogów łosia. Otóż dworek jest często wykorzystywany do wykonywania zdjęć ślubnych. Zdarzyło się, że rozbawiony pan młody uparł się, by robić mu zdjęcia z tymi rogami... Jak się wkrótce okazało żona dowcipnisia widocznie uznała, że skoro jej mąż pragnie być rogaczem, to chętnie spełni jego życzenie... Od tego czasu fotograf nie zgadza się na sesje z porożem.
  Gdy kończyliśmy zwiedzanie po czterech godzinach – czuliśmy niedosyt i obiecaliśmy sobie, że odwiedzimy ten skansen jeszcze raz, gdy będzie cieplej. Wtedy zobaczymy wspomniany ziołowy ogród, muzeum leśnictwa z leśniczówką i pokręcimy się po malowniczym parku - czego nie zdążyliśmy zrobić tym razem.
  Do Białowieży dojechaliśmy wieczorem.
  Następnego dnia umówiliśmy się na zwiedzanie z przewodnikiem najstarszej i najbardziej naturalnej części rezerwatu Białowieskiego Parku Narodowego.
  Chodzenie po lesie w kilkunastoosobowej grupie pod opieka przewodnika?! Przyznam szczerze, że nie byłem zachwycony taką atrakcją. Musiałem sam siebie przekonywać, że przecież nie wiem o lesie wszystkiego, więc może jednak warto posłuchać kogoś,  kto wie więcej ode mnie... a może będzie ciekawie opowiadał...? Warto się poświęcić.

 
Zabytkowa brama do lasu.
 
  Spacer trwa około trzech godzin. Dziewicza puszcza jednak jest odmienna od takiego lasu, który na ogół widzimy.
  Pierwsze zdziwienie: właściwie brak sosen. Ten gatunek drzewa, który spotykamy najczęściej w polskich lasach okazuje się być w prawdziwej puszczy gatunkiem obcym. To nam uświadamia jak drastycznie zmieniliśmy otaczający nas ekosystem. 

 
Puszcza Białowieska.
 
  Drugie zdziwienie: w pralesie – jak podobno mówią Czesi – dość ważnym gatunkiem drzewa, występującym stosunkowo licznie jest lipa. Do tej pory sądziłem, że lipa to drzewo typowo parkowe, rosnące raczej z nasadzeń i jeśli już znalazło się lesie – to tylko dlatego, że uciekło gdzieś z przydroża, lub z ziemiańskiej posiadłości. A tu nagle w Białowieskiej Puszczy prastare wyniosłe lipy! 

 
 Kto by pomyślał, że to lipa?!

  Pozostałe główne gatunki  drzewostanu – takie jak graby, dęby i świerki wydały mi się jak najbardziej na miejscu. Dowiedziałem się także, że na razie dobrze się mają w puszczy również wiązy, które w ubiegłym wieku zdziesiątkowała choroba holenderska.

 
Charakterystycznie skręcony pień graba, który obraca się wokół swojej osi. Przewodnik twierdził, że to po to, by poszerzyć sobie przestrzeń życiową.
 
  Przewodnik opowiadał ciekawie nie tylko o miejscowej florze ale i faunie. Na przykład o swoim jedynym spotkaniu z rysiem, o żubrach, które nie boją się ludzi, a nawet potrafią – jeśli są w stadzie i w pełni sił, dać odpór watasze wilków. Mówił o ptakach rozsiewających jemiołę oraz zwrócił naszą uwagę, że dzięcioł samiec co roku wykuwa nową dziuplę. Robi to prawdopodobnie z przyczyn higienicznych, ale też być może okazuje tym swojej samicy jak silnym i sprawnym jest ptakiem. I że warto mieć z nim potomstwo. Pan przewodnik opowiadając ze swadą o tych dzięcielich zwyczajach zapytał jednego z uczestników wycieczki: „no, a pan ile dziupli wykuł dla partnerki?” Na co odpowiedziała pani uwieszona ramienia indagowanego: „Żadnej mi nie wykuł... siedzi w mojej dziupelce...”. Cała grupa bardzo radośnie przyjęła to zwierzenie, a pan przewodnik, nieco zakłopotany, zmienił temat i opowiedział nam jak to  zwierzęta – głównie dziki i żubry niszczą rolnikom uprawy w Białowieży i robią to na tyle skutecznie, że obecnie we wsi nikt już nie uprawia ziemi, bo po prostu i tak nie da się pozyskać plonu... Puszcza więc wraca na swoje dawne tereny odbierając ludziom to, co kiedyś jej wydarli... Na dziś miejscowa gospodarka opiera się chyba na turystyce i najwyraźniej to mieszkańcom wystarcza...
  W każdym razie pomysł na spacer po lesie z przewodnikiem okazał się trafiony i muszę przyznać, że dużo z tej lekcji wyniosłem. Tylko niestety wiele pytań przyszło mi do głowy już po wycieczce... czyżbym musiał wrócić znów i do Białowieży?

 
Słodziaki z Zagrody Pokazowej Żubrów.
 
  Po południu pojechaliśmy do zagrody pokazowej żubrów, gdzie zobaczyliśmy wilka, rysia, dziki, żubronie, jelenia i sarny... nie no, żubry też oczywiście!

 
 A jakże! Jelenie na rykowisku!

  Wracając na stancję zatrzymaliśmy się w Białowieży w barze Biesiada, aby zjeść obiad. Oczywiście staraliśmy się spróbować miejscowej, regionalnej kuchni – zamówiliśmy więc między innymi kartacze i pierogi. I możemy spokojnie kolejny raz potwierdzić, że podlaska, czy w ogóle – wschodnia kuchnia zdecydowanie nam pasuje. I regionalne piwa również!
  Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na nabożeństwo do cerkwi świętego Mikołaja, ale niestety w świątyni było bardzo mało wiernych i nie śpiewano prawosławnych pieśni – na co szczególnie liczyliśmy. Jedynie dwóch duchownych odmówiło śpiewnie jakąś litanię krążąc wokół ikonostasu i ołtarza odczyniając niezrozumiałe dla nas do końca rytuały... ogólnie czuliśmy się jak na tureckim kazaniu...
  Ostatni dzień wycieczki postanowiliśmy wykorzystać na niezobowiązujący spacer po lesie. Wybraliśmy dwie krótkie ścieżki dydaktyczne – w sam raz na rodzinną przechadzkę. Pierwsza z nich jest na mapce Białowieskiego Parku oz
naczona jako Ścieżka Dydaktyczna Dęby Królewskie, a druga – przebiegająca tuż obok to Ścieżka Orlika Krzykliwego.
  Aura była bardzo sprzyjająca. Urodę lasu podkreślała kilkucentymetrowa pierzynka świeżego śniegu, natomiast same dęby...? Czy ja wiem? U nas, w okolicach Wołomina rosną równie ładne, jeśli nie ładniejsze... Być może tylko nie tak liczne.


 
Dąb jak dąb.
 
  Natomiast spacer drugą ścieżką dydaktyczną zakończył się spektakularnym spotkaniem. 

 
Białowieskie safari.

Żubry, na które się tu natknęliśmy wyglądały zdecydowanie dostojniej, niż te z zagrody hodowlanej.
  Niestety – czas było wracać do domu. Na mapie wypatrzyłem ostatnią atrakcję wycieczki: skansen sioło w Budach. Tam też zatrzymaliśmy się. Sioło Budy to głównie domy noclegowe; skansen to niewielka chatynka na końcu posiadłości. Obok znajduje się Karczma Osocznika, gdzie zostaliśmy miło przyjęci i obsłużeni. W karczmie serwują regionalne dania i tym razem spróbowaliśmy takich specjałów jak solianka (to trochę jak nasz gulasz), pielmieni – to małe pierożki z mięsem i wareniki - to właściwie też pierogi, tyle, że duże...
  I tak zakończyliśmy naszą zimową, krótką, ale pełną wrażeń eskapadę. Białowieża zdecydowanie wymaga dłuższego pobytu. Zapewne nawet tygodniowe wakacje w tych okolicach nie wystarczyłby na zobaczenie i przeżycie wszystkiego, co warte tam obejrzenia i spotkania.

30 grudnia 2019

Szlakami: Liswarty, Śląskich Zabytków Techiniki i Orlich Gniazd. Wakacje 2017.



Wakacyjna wyprawa w niewakacyjnym kierunku.
Szlakami: Liswarty, Śląskich Zabytków Techniki i Orlich Gniazd.


 
Wakacyjna wyprawa powinna być przygodą. Nie może być nudna, przewidywalna, Byłoby fajnie, gdyby pozostało po niej mnóstwo wrażeń. Staram się  sobie i moim dzieciom udowodnić, że przygoda może czekać tuż za rogiem: nie trzeba w jej poszukiwaniu lecieć samolotem na krańce Ziemi. Ziemia jest okrągła, każde miejsce może być jej krańcem: miejscem intrygującym, zaskakującym i pouczającym. Wszystko zależy od obserwatora – o tego co on umie dojrzeć wokół siebie. W wakacje 2017 roku postanowiliśmy odkrywać nietypowe miejsca na pograniczu województw łódzkiego, śląskiego i małopolskiego.
  Świat postrzegany z perspektywy rzeki jest zupełnie odmienny od tego widzianego z drogi, czy ścieżki. A polskie rzeki i rzeczki wciąż jeszcze płyną w miarę naturalnym korytem. 

 Liswarta.

I gdy jesteśmy na wodzie cywilizacja znika za zielonymi kurtynami szuwarów, trzcinowisk, wybujałych pokrzyw i dziesiątek innych krzaczorów zarastających brzegi. W miarę podróży po wodnej toni – najlepiej kajakiem - zapominamy o codzienności. Skupiamy się na pokonywaniu przeszkód: tu zwalona w nurt gałęziasta olcha, dalej nagłe wypłycenie, tu - przeciwnie - bystrzyny, za zakolem rozrzucone po dnie głazy... Nudno nie jest. 

 I znów się opalamy...

A jednocześnie musimy się pozachwycać niepowtarzalnością kolejnych rozlewisk, popodziwiać naturalne rzeźby nagich korzeni, zaskoczyć startującą do lotu kaczą rodziną. Pędząc z biegiem rzeki musimy dostrzec wśród zieleni białe jak śnieg płatki kwiatu powoju, fiolet żywokostu; tam gdzie nurt zwalnia i toń robi się ciemna - na tym głęboko brązowym tle na pewno rozłożą się zielone talerze grążela i żółte kule jego kwiatów. Jeśli nurt wiedzie poprzez łąki – poddajemy się życiodajnym promieniom słońca. Ale tylko na chwilę, bo już wpływamy w mroczny tunel ze splątanych nad głowami gałęzi olszyn. 

 ...wreszcie trochę cienia...

Spływ kajakowy już dla takich doznań jest świetnym relaksem. A jeszcze sama woda: swymi błękitami i szumem wycisza i uspokaja. Gdy za gorąco – wystarczy krok by się w niej znaleźć. Gdy trochę chłodno – można mocniej popracować wiosłem. To idealny trening. 

 Trzeba wyjść z kajaka i rozprostować kości.
 
  Zapewne dzięki temu, że rzeką nie przemieszczamy się na codzień, na spływie kajakowym można poczuć dotknięcie prawdziwej przygody. Zwłaszcza gdy się płynie rzeką, na której przez kolejne dni nie spotyka się właściwie innych kajakarzy. Wtedy naprawdę ma się wrażenie, że odkrywa się świat zupełnie dziewiczy… i coś w tym jest, zważywszy na przysłowie o nie wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki…
  Taką właśnie rzekę – marzenie wypatrzyłem na mapie i stwierdziłem: to jest miejsce na tegoroczne wakacje: Liswarta.


I jak tu ominąć te bystrzyny?

 Lewy dopływ Warty, bierze początek na Śląsku, kończy swój bieg na pograniczu województwa śląskiego i łódzkiego. Wcześniej w życiu o niej nie słyszałem. Sprawdziłem w Internecie, czy da się nią spłynąć i dzięki Internetowi znalazłem wypożyczalnię kajaków w Działoszynie i na trzy dni zamówiłem dwa kajaki. Spływ rozpoczęliśmy w Dankowie.
  Rzeka okazała się idealną na rodzinny, niewymagający, ale i ciekawy spływ. Wodę niosła w sobie czystą (mimo, że to Śląsk)… tak przepraszam Ślązaków, ale wciąż istnieje stereotyp, że Wasz region to zurbanizowany, doszczętnie zdegradowany teren, pełen kominów, hut i kopalni i to, że tam istnieje jeszcze życie, dla przeciętnego mieszkańca reszty Polski jest tak samo zaskakujące, jak życie na Marsie na przykład.
  Nurt nie jest zbyt wartki, ale w kilku miejscach znalazły się i bystrzyny. Może być pewien problem z małymi dziećmi, nie umiejącymi pływać, ponieważ nie ma zbyt wielu typowych wypłyceń i rozlewisk, żeby można się było swobodnie bezpiecznie potaplać, chociaż takie miejsca też się trafiają. Chociaż generalnie rzeki nie są najbezpieczniejszym miejscem do pływania, nawet te niewielkie. Korzystając z bezsprzecznych uroków kąpieli w rzece zawsze należy zachować rozsądek i nie ufać w pełni, ani rzece, ani swoim umiejętnościom.
  Podczas spływu zdarzało się nam przedzierać między zwalonymi kłodami, lub przemykać wspomnianymi bystrzynami – czy jak mówią na Roztoczu  - szumami - nad kamieniami, ale – jak na mój gust – nie było to uciążliwe ale raczej ekscytujące. 


Dosyć wiosłowania. Czas na prysznic!

Natomiast otoczenie rzeki jest nieustająco urokliwe. Płynie się zarówno między wysokimi brzegami, jak i przez rozlewiska (chociaż tych mniej). Brzegi na ogół porastają drzewa, ale zdarzyły się też i trzcinowiska, czy rozpostarte na wzgórzach łąki. Przepływa się również przez miejscowości (choć nieliczne) więc można się zaopatrzyć w konieczne produkty. Przez te trzy dni spływu trafiło się też kilka przeniosek. Zdarzyło się nam także minąć kilka innych fajnych atrakcji. Niedługo po wyruszeniu zatrzymaliśmy się przy dużym, murowanym z kamieni wapiennych stuletnim młynie, w którym obecnie działa elektrownia wodna.


Elektrownia wodna na Liswarcie w młynie z początku XX wieku.

Kilka kilometrów dalej minęliśmy zabudowania starego, zrujnowanego drewnianego młyna. Drugiego dnia przepłynęliśmy pod potężnym, kamiennym wiaduktem kolejowym, przywodzącym na myśl te na Suwalszczyźnie.


Pierwotnie most był stalowy, wybudowany w 1930 roku. Zniszczony we wrześniu '39 i odbudowany przez Niemców - stąd trafne skojarzenia z poniemieckimi wiaduktami na suwalszczyźnie.
 
 I kolejna ruina młyna, w pobliżu którego rzeka rozlewa się na kilka pomniejszych nurtów, na których można odrobinę pobłądzić. 


Ciekawe czy jeszcze stoi? 
 
  Dwie noce spędzone na dziko na zalesionych brzegach rzeki dodały całej wyprawie uroku. Pierwsza noc była bardzo wietrzna i burzowa, co przysporzyło dreszczyku emocji, natomiast drugi wieczór spędziliśmy przy miłym ognisku i pieczeniu kiełbasek. 


Rozbijamy obozowisko.

Trzeciego dnia wiosłowania dotarliśmy do Warty i nią spłynęliśmy jeszcze kawałeczek – do miejscowości Wąsosz, w której skończyliśmy spływ. Płynięcie Wartą – w porównaniu do Liswarty, to jakaś udręka: rzeka szeroka, nudna, płytka i niekoniecznie czysta.
  Oczywiście to nie była cała wakacyjna wyprawa – dalej miało być równie ekscytująco.
  To miał być wyjazd wakacyjny w niestandardowe – jak na wakacje - regiony. Ruszyliśmy więc znad Liswarty dalej na południe – na Śląsk – do Tarnowskich Gór. Tam chcieliśmy zwiedzić dwie podziemne trasy: Sztolnię Czarnego Pstrąga i zabytkową Kopalnię Srebra. Sztolnia to fragment dziewiętnastowiecznego skomplikowanego systemu podziemnych kanałów, które odwadniały pobliski kompleks kopalni srebra. Sześciusetmetrową trasę pokonuje się zespolonymi łodziami przepychanymi przez przewodnika wąskim kanałem. Przewodnik opowiada mroczne okołokopalniane historie, łodzie chyboczą się w półmroku między rozbrużdżonymi ścianami wąskiego korytarza... dreszczyk emocji na pewno jest.


 Sztolnia Czarnego Pstrąga.
 
  Kopalnie srebra zwiedza się zdecydowanie dłużej. Błądząc długimi korytarzami można wyobrazić sobie jak ciężką i wymagającą była praca w tych nierzadko wąskich i niskich tunelach.


Kopalnia srebra w Tarnowskich Górach.

 Panował tu złowrogi półmrok, a hałasy maszyn i narzędzi niosły się po kopalnianych przodkach. Tu przykuleni, w zawsze niewygodnej pozycji górnicy, w wilgoci i półmroku, pozbawieni świeżego powietrza, jednocześnie w chłodzie, a jednak zlani potem od ciężkiej pracy, wykuwali znojnie kolejne grudy urobku.


Ekspozycja ma uruchomić wyobraźnię.

 Dziś oglądamy te miejsca z perspektywy bezpiecznych,  oświetlonych i wywietrzonych chodników – a mimo wszystko wycieczka do kopalni to jednak nie zwykły spacerek.
  W kopalni zapoznajemy się także z urządzeniami górniczymi i możemy – jeśli ktoś jest zainteresowany, w górniczym muzeum zgłębić tajniki dawnego górniczego fachu. Albo nacieszyć oczy bogactwem barw, faktur i kształtów różnorodnych minerałów. Na zewnątrz warto zwiedzić ekspozycję maszyn parowych. Są parowozy, są także przedstawione różne rozwiązania silników parowych. Słowem – dla niemal każdego coś ciekawego!

 Na naszego syna napadł parowy walec...
 
  Będąc w Tarnowskich Górach zdążyliśmy zajrzeć także do muzeum na zamku w Starych Tarnowicach (to blisko sztolni Czarnego Pstraga).


 ... ale znalazł wybawicieli.

 Fajne wnętrza, zabytki nieco nieuporządkowane – widać że właścicieli interesuje po prostu historia i chcą się podzielić ze zwiedzającymi tym, co posiadają, a usystematyzowanie wszystkiego jest sprawą drugorzędną. Można za to zajrzeć do różnych zakamarków zamkowych. Ja lubię takie nie całkiem ułożone miejsca.

 W prawdziwym muzeum nie wypadałoby tak wpaść.
 
   Ale hitem tego – nazwijmy to: „industrialnego” etapu naszej wakacyjnej eskapady okazało się Muzeum Chleba w pobliskim Radzionkowie. Właściciele tego przebogatego w zbiory przybytku to szaleni, wieloletni pasjonaci. Muzeum nosi nazwę chleba – ale tak naprawdę powinno nazywać się muzeum dnia powszedniego. Owszem jest tam ekspozycja i film poglądowy na temat tego marzenia wszystkich głodnych. Można nawet wyrobić i upiec sobie własną bułeczkę. 

 Właściciel Muzeum Chleba pokazuje nam jak skręcić precla.

Ale eksponatów odległych od chleba są na pewno setki jeśli nie tysiące. O wszystkich tych domowych maszynkach, naczynkach, przyrządach i przyborach ze swadą opowiada gospodarz Muzeum. Jeśli ktoś jest ciekawy dawnego życia zwykłych ludzi – mógłby z tego muzeum pewnie wyjść i po tygodniu. Do dzieci właściciel też ma świetne podejście. Potrafi je zainteresować zadając podchwytliwe pytania, organizując na szybko quizy i opowiadając intrygujące historie. Mój wiecznie znudzony ośmioletni syn był zachwycony. Z chęcią usiadł nawet w przedwojennej szkolnej ławie! Z czystym sercem to miejsce mogę polecić każdemu!


 Musimy się jeszcze dużo nauczyć.
 
  Natomiast tylko szukającym wrażeń polecić mogę kolejną śląską atrakcję: pole biwakowe na zalewem Chechło – Nakło. Nocleg tam to gwarancja niezapomnianych przeżyć i prawdziwych zderzeń z naszą kulturą społeczną. Miałem okazję podciągnąć się w najnowszych trendach muzycznych, poobserwować skomplikowane stosunki międzyludzkie; słowem - uczestniczyć w wakacyjnej codzienności rodaków. Doświadczenie, które trudno wymazać z pamięci... niestety naszego mocno nieletniego syna również...
  Opuściliśmy więc okolice Tarnowskich Gór, by jednak poszukać odrobiny spokoju. Gdzieżby indziej szukać spokoju, jak nie na pustyni?!
  Do Sahary - daleko, do Gobi - jeszcze dalej... to może chociaż Pustynia Błędowska?


 Zamek w Będzinie.
 
  Obraliśmy ten kierunek, po drodze zahaczając o Zamek w Będzinie, a na obiad dotarliśmy do najstarszej karczmy w okolicy – pochodzącej aż z osiemnastego wieku Austerii w Sławkowie. Obiad serwowali na szczęście nie tak wiekowy – dało się go zjeść. 

 Podobno jedna ze starszych karczm w Polsce. XVIII - wieczna Austeria w Sławkowie.

Natomiast nie dało się zobaczyć ruin zamku z czternastego wieku w tymże Sławkowie, ponieważ zostały one szczelnie ogrodzone. Więc pokręciliśmy się tylko po znacznie młodszych ruinach jakieś willi czy dworku, które znaleźliśmy nieopodal i wyruszyliśmy dalej, aby zatrzymać się na nocleg na eurocampingu w Błędowie. To miejsce zapewne właśnie dzięki wpływom  pobliskiej pustyni okazało się kompletnym przeciwieństwem poprzedniego: spokój , cisza, porządek. Można było tu naprawdę odpocząć i się wyspać.
  Pustynia po ostatniej „renowacji” sprzed kilku lat znów cieszy oczy szeroką perspektywą -  i zgodnie z nazwą jest piaszczysta, pofałdowana i pusta aż po horyzont. Może i trochę szkoda lasu, który został brutalnie stąd usunięty – ale czego się nie robi dla turystów?! I teraz naprawdę warto zobaczyć ten przyrodniczy ewenement, zanim znów zarośnie. Pewnie już definitywnie. 

 Wśród piasków Pustyni Błędowskiej  można zaobserwować przedziwne endemiczne gatunki.
 
  Nasz wakacyjny szlak wiódł dalej na północny wschód – w kierunku Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Dojechaliśmy do miejscowości Smoleń, gdzie obejrzeliśmy zrekonstruowane ruiny Zamku Pilcza, a obozem rozłożyliśmy się u gospodarza w sąsiedniej wsi.

 Ściana Zamku Pilcza. Zdobywać go, czy nie?
 
  Z naszego namiotu mieliśmy wspaniały widok na Skały Zegarowe wznoszące się nad doliną. 


Dziś tu rozbijemy nasz namiot.

Wieczorne ognisko, kiełbaski, świeże mleko prosto z udoju, bezkres granatowego nieba z księżycem, w poświacie którego nierzeczywiście bielą się rozrzucone nad głęboką czernią lasu skały... Piszę te słowa siedząc w dusznym biurze, pozbawiony okna, przytłaczają mnie szare ściany, a mózg drąży szum komputerów i... szkoda gadać... Dobrze, że mamy pamięć i wyobraźnię!

 W okolicach Smolenia.
 
  Kolejnego dnia pokręciliśmy się po malowniczych skalnych ostańcach.  Niemal że śnieżnobiałe wapienie, przez miliony lat formowane przez wodę i wiatr w wymyślne kształty, wyrastające wprost z soczystej zieleni robią niezapomniane wrażenie. Do tego świadomość o prehistorycznych artefaktach, odkrywanych czasem w grubych namuliskach na dnie niektórych jaskiń... fragment naczynia, ostry cios krzemienny, czy może wygotowana kość. Może coś takiego kryje się właśnie w tym miejscu, w którym teraz stoję? 


 Grota w Skałach Zegarowych.
 
Może to ognisko tliło się właśnie tu, nocą pięćdziesiąt tysięcy lat temu? Grzała się jego żarem rodzina neandertalczyków, a jeden z nich siedział przy wejściu do groty i walcząc z sennością nasłuchiwał, czy nie zbliża się krwiożerczy tygrys lub niedźwiedź... Albo jeszcze gorszy homo sapiens... Może sen go zmógł i to przesądziło ich los? 
  W innej jaskini, z racji na jej ciasnotę mogą mieszkać najwyżej nietoperze i pająki. Taka dziura w skale zwiedzana z własną latarką i na własną odpowiedzialność to coś nieporównywalnie bardziej ekscytującego, niż dziesięć najwymyślniejszych kopalń czy sztolni przystosowanych do ruchu turystycznego! 

Nie ma to jak wśliznąć się gdzie do dziury...

Akurat ta, do której zapuściliśmy się tym razem nie była ani długa ani zbytnio malownicza ale i tak przysporzyła nam sporą dawkę adrenaliny!

 Żeby nie było, że ciągnąłem dzieci siłą. Same chcą.
 
   Ja uwielbiam wracać od wielu lat w te rejony i wciąż jestem nimi równie zachwycony. W młodości przez kilka sezonów przyjeżdżałem tu aby się powspinać. Zrobiłem nawet kurs skałkowy. Powalczyłem też z klaustrofobią przeciskając się przez tutejsze dziury i rozpadliny... Ale z czasem inne zajęcia odsunęły mnie od tego hobby. Ale zawsze chętnie wchodzę po tych skałkach nawet ścieżką na szczyt, by z góry popatrzeć na rozciągający się u stóp świat!


 Widok ze Skał Zegarowych.
 
   Niestety powoli czas naszego wakacyjnego wypadu na pogranicze Śląska i Małopolski się kończył. Ruszyliśmy więc przez Pilicę (urokliwy park przy niszczejącym pałacu) do Ogrodzieńca, by znów trafić tu po kilkunastu latach niebytności.

 Oto Ogrodzieniec.

 Ruiny zachwycające jak zawsze. Wokół ogromnego zamku powstał jeszcze ogromniejszy kompleks rozrywkowy z kłębiącymi się ludźmi, kramikami, placami zabaw, sklepikami... Każdy chce odwiedzić sztandarowy zabytek na szlaku Orlich Gniazd i wielu chce to wykorzystać. 


A to zamkowe duchy, czy tam smoki... już nie wiem!

Tak pewnie musi być i nie ma co narzekać. Też skorzystaliśmy z miasteczka naukowego i wypiliśmy wieczorem regionalne piwo w barze... Ale zawsze w takich miejscach mam refleksję, że może niepotrzebnie propaguję i opisuję miejsca nietuzinkowe, które zdecydowanie warto zobaczyć, a do których mało kto trafia. Może lepiej, że gro turystów zjeżdża ciągle w te same oklepane miejsca, bo dzięki temu tacy jak ja wciąż mają co odkrywać?

 A to Ogrodzieniec widziany z Grodu na Górze Birów.
 
  Na szczęście mało kto czyta te słowa, więc mogę z czystym sumieniem polecić wymienione atrakcje, których miałem niewątpliwą przyjemność dotknąć w  wakacje 2017 roku.

22 lutego 2019

Niedzielny spacer

Uroki okolicy Poświętnego niedaleko Wołomina.

W połowie lutego zapachniało wiosną.

 Wybraliśmy się więc na niedzielny spacer po okolicznych bagnach.
 Nie tylko my poczuliśmy wiosnę.
 Z każdej wycieczki fajnie jest zachować jakąś pamiątkę...
 

Podobne skorupy zostały kiedyś znalezione również i na mojej działce. Znajomy archeolog, który je oglądał stwierdził, że być może pochodzą z VIII - IX wieku...
 
... co w świetle tych tekstów nie wydaje się nieprawdopodobne. To dosyć ekscytujące, że można tak namacalnie natknąć się na taką Historię błądząc po miejscowym lesie, podczas niedzielnego spaceru...