BLOG O ŻYCIU NA WSI

27 lutego 2018

Kurs nurkowy - Hańcza 2017


Kurs nurkowy na Jeziorze Hańcza

Kocham wodę, uwielbiam pływać, a nurkowanie zawsze wydawało mi się fascynujące. Przy czym, niestety w Polsce nurkowanie z samą maską nie przysparza ogromu wrażeń, ale podczas letnich eskapad do cieplejszych krajów zejścia pod wodę były dla mnie jednymi z przyjemniejszych doświadczeń. Ekscytuje mnie zarówno stan nieważkości w wodzie, jak i poznawanie podczas zanurzeń równoległego świata. Ale nurkowanie na bezdechu – choć fajne – jest męczące i nie daje takich możliwości, jak nurkowanie ze sprzętem. A przekonałem się, że nurkowanie z akwalungiem jest naprawdę świetne kiedyś, podczas firmowego wyjazdu na Cypr, gdzie miałem okazję ponurkować rekreacyjnie. Przekonałem się wtedy, że przebywanie pod wodą z butlą przenosi człowieka w inną rzeczywistość właściwie bez negatywnych wrażeń i bez ograniczeń. Od tego czasu zrobienie kursu nurkowego stało się dla mnie marzeniem.
  Obiecałem kiedyś mojej nastoletniej córce, że jej ten inny, podwodny świat pokażę i wreszcie, po wielu latach trafiła mi się okazja, by spełnić z moim dzieckiem to wspólne już marzenie.
  Nie chciałem robić kursu na basenie. O ile lubię każdą wodę – mogę pływać i w stawie hodowlanym (tak, zdarzyło mi się!) i w jeziorze, i w rzecze, czy morzu – o tyle basen jest dla mnie najsłabszą opcją.
  Na miejsce przeprowadzenia kursu wybrałem jezioro Hańcza na Suwalszczyźnie. Najgłębsze i bardzo czyste polskie jezioro.


Jezioro Hańcza
W końcu czerwca stawiliśmy się na umówionym miejscu. Pierwszym wrażeniem z Centrum Nurkowego Adriatic, w którym mieliśmy wykupiony kurs, było zaskoczenie.


Nieźle się zapowiada, jak mamy taką wypasioną bazę…

Ale to tylko taki żart. Centrum Nurkowe miało swoją siedzibę w posesji obok.
Po krótkiej lekcji teoretycznej puszczono nas na głęboką wodę. I to dwa razy pierwszego dnia.
 
Zakładam mokry skafander, więc minę mam nietęgą. Tym bardziej, że w ogóle jest dość chłodno.



Jeszcze neoprenowe buty, kaptur i rękawiczki.
 

I mogę powalczyć ze sprzętem. Instruktor sprawdza czy wszystko jest na miejscu.
 

Gotowy do zanurzenia!
 

Teraz moje dziecko. Jak widać jest szczęśliwa.
 

Jeszcze tylko musi napluć na maskę…


i idziemy do wody.


Za chwilę pełne zanurzenie.

Przez cztery dni mieliśmy pięć nurkowań. Zaczęliśmy od pięciu metrów, a podczas ostatnich dwóch zanurzeń zeszliśmy na dwadzieścia – na więcej nie można podczas kursu początkowego.
  Uzyskaliśmy uprawnienia federacji CMAS na nurkowania do 20 metrów  (takiej wysokości jest mniej więcej sześciopiętrowy blok!) Wrażenia niezapomniane. I rozbudzone kolejne namiętności: kurs otworzył nam drogę do kolejnych kręgów wtajemniczeń: można nurkować nocą (świetnie się podgląda faunę), można robić kurs nurkowania jaskiniowego, nurkowania w suchym skafandrze, nurkowania wrakowego… Można pożyczyć sprzęt gdzieś w Grecji, czy Chorwacji, lub na Bornholmie, gdzie podobno Bałtyk nie ustępuje urodzie ciepłym morzom.
  Póki co poznaliśmy maleńki fragment Jeziora Hańcza do głębokości 20 metrów. Hańcza jest jeziorem oligotroficznym (to znaczy ma ubogą florę i faunę). Nam się zdarzyło tylko ze dwa razy wpłynąć w potężną, taką filmową ławicę ryb. Przy brzegu czasami natykaliśmy się na okonie, zdarzały się też ładniejsze sztuki w toni. Widzieliśmy małego minoga i raz przemknęła jakaś większa ryba – może karp? Na dnie jest zaskakująco dużo ślimaków: żyworódek i racicznic, rzadziej zdarzają się zatoczki i błotniarki. Nad dennym mułem w podskokach uwijają się przepłoszone drobne kiełże... Roślinność, i zamieszkująca ją wodna fauna na Hańczy kończy się na siódmym – ósmym metrze. Dalej robi się już szaro, z rzadka przemykają ryby, a dno jest puste i wydaje się prawie martwe. Na dwudziestym metrze jest już właściwie ciemno. (Przynajmniej gdy my nurkowaliśmy, bo podobno bywa różnie).  Mniej więcej na tej głębokości znaleźliśmy zatopioną łódkę i oglądaliśmy namiastkę skał podwodnych. Całość robi wrażenie niezapomniane.
Jedno zejście na tym etapie nurkowania trwa około pół godziny. I jest zaskakująco męczące. Wbrew pozorom organizm najwyraźniej potrzebuje sporo wysiłku, żeby jakoś się dostosować do takiego wysokiego ciśnienia. (Jakby nie patrzeć na tych dwudziestu metrach panuje atmosfera jak w kole dostawczego samochodu!)
  Poza nurkowaniami mieliśmy codziennie średnio dwie godziny wykładów, więc pozostało nam sporo czasu na zwiedzenie okolicy Błaskowizny, czyli miejscowości,  w której było nasze centrum nurkowe.
  Dzięki temu mogliśmy troszkę nacieszyć zmysły pięknymi suwalskimi okolicznościami przyrody.
 

Okolice Błaskowizny

 
Gospodarstwo nad Szeszupą


Molenna staroobrzędowców w Wodziłkach.
Staroobrzędowcy to ortodoksyjni prawosławni, którzy nie zgodzili się z reformą ich kościoła w XVII wieku i uciekając przed prześladowaniami, z Rosji trafili między innymi do Wodziłek, gdzie kilka osób do dziś kultywuje dawne tradycje. Molenna to ich dom modlitwy.


Staw Turtulski koło Dyrekcji Suwalskiego Parku Krajobrazowego.


Krótko mówiąc: bardzo się cieszę, że mogliśmy spełnić marzenie, tym bardziej, że chyba dało nam ono nawet więcej frajdy niż się spodziewaliśmy.

Pamiątkowa fotka z instruktorami

A i Suwalszczyzna po raz kolejny zapewniła nam moc wspaniałych wrażeń i widoków. Liczę na to, że ten początkowy kurs był tylko preludium do dalszych bliskich spotkań z różnymi wodnymi głębinami.


Nadchodzi wieczór.
Warszawa, czerwiec 2017.




























17 lutego 2018

Po co mi to gospodarstwo...


 Po co mi to gospodarstwo?

Zamieszkać we własnym domu – to marzenie niejednej młodej pary, która właśnie  rozpoczyna wspólne życie. Tak samo marzyliśmy i my. Trochę nawet w tym kierunku robiliśmy: dwadzieścia lat temu ziemia nie była jeszcze tak abstrakcyjnie droga jak obecnie, więc kupiliśmy okazyjnie działkę budowlaną, a po kilku latach znów zainwestowaliśmy i postawiliśmy na niej drewniany dom z bala. 
 
 Budowa tego domu to była prawdziwa przygoda.

To był stary dom, przeniesiony spod Ostrołęki.
Ale już w trakcie jego wykańczania zdaliśmy sobie sprawę, że to nie jest dom dla nas; był za mały dla rozwijającej się rodziny, a dla mnie zbyt mała była działka wokół niego.    
   Wykańczałem go ze świadomością, że raczej nie robię tego dla siebie, lecz na sprzedaż.  Ale dzięki temu doświadczeniu dużo dowiedziałem się o drewnie i polubiłem pracować z drewnem.


  Dom spod Ostrołęki przeniosła mi firma. Ale wykańczałem go sam. Tu już dobudowany taras. Uważam nieskromnie, że wykonanie tych słupów i łukowatych podpór to było coś!


Wciąż pojawiające się wątpliwości co do sprzedaży tamtego domu rozwiało ostatecznie znalezienie naszej posiadłości, w której obecnie mieszkamy. Opisuję to w innym rozdziale.
  Już gdy pierwszy raz oglądaliśmy nasze siedlisko, zaczęliśmy planować jak będzie tu wyglądało nasze życie. Od razu stwierdziliśmy, że to świetne miejsce na założenie gospodarstwa agroturystycznego. Do centrum Warszawy jest mniej, niż czterdzieści kilometrów, a okolica sprawiała wrażenie, jakby przemiany lat dziewięćdziesiątych i dziesiątych zupełnie ją ominęły. (Dziś to się mocno zmieniło – nie jest już, niestety – stąd tak daleko do cywilizacji, jak te dziesięć lat temu). Ale wciąż jeszcze można się tu zaszyć i spokojnie zapomnieć o istnieniu wielkiego miasta tuż za widnokręgiem. Więc ta dziewicza natura krok od miasta miała być podstawowym atutem tego miejsca. O inne atrakcje miałem zadbać sam.
    Dla mnie priorytetem było wykopanie stawu. 


I staw jest! Mam z nim wiele kłopotów... kiedyś je opiszę. Widok z usypanej góry. 

Posiadanie własnej wody to moje marzenie, jeśli nie z dzieciństwa (wtedy -  w czasie komuny - ciężko było wyobrazić sobie spełnienie jakiegokolwiek marzenia), to z lat młodzieńczych. Więc wtedy, gdy pierwszy raz oglądaliśmy posiadłość, ja już oczyma wyobraźni widziałem swój wymarzony staw. Zastanawiałem się, jak malowniczo będzie wyglądał jego brzeg wznoszący się wysoko nad wodą, aż do szczytu góry, którą usypię z wykopanego urobku… Staw miał mieć urozmaiconą linię brzegową, z kładkami i pomostami, i koniecznie wyspą, połączoną z lądem łukowatym drewnianym mostkiem. 
 
...a tu ma być kiedyś mostek...

Woda w stawie miała się oczyszczać i natleniać dzięki kaskadzie spływającej między kamieniami ułożonymi na jednym z brzegów. 

 

Ryby w stawie też się zdarzają,  tylko łowić nie mam kiedy.

  Nad stawem chciałem postawić ze trzy domki letniskowe, których mieliśmy użyczać na weekendy lub na dłużej znużonym codziennym pędem i spracowanym warszawiakom…
  Domki też właściwie miałem wymyślone na poczekaniu: styl rustykalny, ściany z bali, przestronne tarasy, dwuspadowe, kryte wiórem dachy, dużo zieleni dookoła, zejście bezpośrednio do stawu i pomostu, niskie drewniane płotki dookoła. W środku połączenie nowoczesnej funkcjonalności i wygody z surowym drewnem i białym ścianami…


Ale generalnie to wszystko zarasta i piękna posiadłość zamienia się w dżunglę. Z góry zimą jeszcze coś widać, ale już chyba niedługo...


  Gdy już kupiliśmy działkę, długo rysowałem różne plany jej zagospodarowania. Ale zawsze powtarzały się pewne motywy: góra, najchętniej z jakimś gołoborzem na jednym ze stoków i z wieżą widokową. 
 
A na zboczu góry zamiast gołoborza wypiętrzyło mi prawdziwą skałę, do tego z jaskinią. 

A dalej łąka i las, gdzie wśród różnorodnych drzew (oczywiście od razu dorodnych!) turyści odwiedzający mój raj na ziemi mogliby zażywać najbardziej pierwotnego, głębokiego kontaktu z przyrodą. Do tego jakieś miejsca na ognisko, altanki i ławki. Pamiętam, że miałem problem, czy na takiej wąskiej działce zmieszczę boisko do nogi z placem zabaw
  Ponadto przydomowy ogródek. Oczywiście oprócz ogrodu warzywnego, koniecznie miał się zmieścić również sad z całą gamą najprzedziwniejszych krzewów i drzewek owocowych..
  Myślałem, jak wykorzystać zabudowania; gdzie będzie stolarnia, w której komórce muzeum i czy ze stodoły da się zrobić świetlicę…
  Miałem dziesiątki podobnych genialnych pomysłów na zagospodarowanie posiadłości, ale wszystkie te marzenia miały jedną zasadniczą wadę: były mało realne do wykonania.
  Nie samemu i nie bez pieniędzy, które zdobywam na codzienne potrzeby na nie oszałamiająco płatnym etacie.
  Właściwie to się nawet sobie dziwię, że nie wpadłem w jakąś depresję, gdy wreszcie dotarło do mnie, że moje rozległe plany to kompletne mrzonki. Więcej – dziś, po kilku latach, gdy już widzę, że nie ogarniam za bardzo nawet bieżących potrzeb i konieczności, a co dopiero mówić o jakimś rozwoju i rozbudowie – wciąż jeszcze radośnie brnę w tą moją ułudę i liczę na jakieś chociaż okruchy z tego, co miało być. 

 
To ma być w przyszłości świerkowy żywopłot. Na razie jest co wyciąć na święta.

A to dosadzam jakieś drzewa, wykonałem pomost, czy huśtawkę… I choć zdaję sobie sprawę, że w takim tempie, aby zrealizować połowę moich zamierzeń musiałbym żyć chyba ze dwieście lat, to póki co mnie to nie przeraża. Mam cel, dążę do niego i pewnie tak już zostanie. I  chyba mi ten stan nawet odpowiada.

Zgodnie z planem zagospodarowuję posiadłość również małą architekturą. W karmniku zalęgły mi się niezwykle rzadkie... ptakoty.

  
A teraz jeszcze pisanie tego bloga… tak jakbym miał za mało rzeczy do zrobienia! No cóż, ale skoro już walczę z otaczającą mnie rzeczywistością i staram się ją okiełznać i podporządkować, to czemu się nie podzielić moimi zmaganiami z widownią? Może to kogoś zainspiruje, może zaciekawi lub rozbawi? Więc jeśli już, Drogi Internauto, trafiłeś na tą stronę i jesteś ciekaw jak wygląda zderzenie z rzeczywistością człowieka, który postanowił zamieszkać na wsi i do tego rozwinąć na tej wsi skrzydła  - to zapraszam do dalszej lektury. 
  Będę starał się podzielić swoimi poczynaniami szczerze i na bieżąco. Będę opisywał jak sobie radzę i co z mojej listy marzeń udało się zrealizować. 
  Czy dziś coś pozostało z dawnej euforii?
  Jak życie zweryfikowało moje założenia?
  Czy wreszcie uda mi się stworzyć z sukcesem choćby namiastkę gospodarstwa agroturystycznego?
  Zapraszam do przeglądania moich wpisów również tych, którzy mają swoje marzenia i chcieliby je skonfrontować z moimi doświadczeniami . Może lektura tego bloga doprowadzi Was do odpowiedzi na nurtujące Was pytania.









25 stycznia 2018

Buduję meble. Szafeczka narożna. Część 1.

Buduję meble.
Szafeczka narożna. Część 1.

W domu wciąż trwają prace remontowe i wykończeniowe. Ostatnio zająłem się między innymi kolejną szafką, którą powinienem wykonać w sypialni mojej młodszej córki.
    Do tej pory zdarzało mi się projektować i wykonywać meble z płyt meblowych, które zamawiałem w składzie z płytami. Otrzymywałem je już przycięte na wymiar i z - na ogół – wykończonymi obrzeżami.
 

Biurko z płyt meblowych wykonane "na wymiar" w pokoju starszej córki.
 
  Trudność w wykonaniu takich mebli polega właściwie na obmyśleniu dobrego projektu oraz na porządnym zwymiarowaniu. Samo skręcanie – jeśli nie popełniło się błędu przy rysunkach (i przy cięciu się nie pomylili – co niestety się zdarza!) – jest tak proste jak składanie klocków. Mebli z płyt zrobiłem co najmniej ze dwadzieścia i muszę się pochwalić, że - jak do tej pory – nie musiałem wywalić płyty, którą zamówiłem, bo była źle zwymiarowana... co, biorąc pod uwagę moje wrodzone roztrzepanie, poczytuję sobie za osobisty sukces.
  Ale ostatnio poszedłem dalej – i zacząłem robić meble z desek. Drewniane meble mają kilka przewag nad płytowymi i jedną zasadniczą wadę: trudniej się je robi.
 
 Drewniana szafka - składzik na "przydasie" stojąca w komórce. Na zdjęciu przymierzam do niej drzwiczki.

 
   Na początek – i tu różnic nie ma między meblem z płyty i z drewna – projekt. Muszę sobie mebelek dokładnie wyobrazić. Czego potrzebuję, gdzie półka, gdzie szuflada, w którą stronę drzwi… Powinienem też na tym etapie się zastanowić jak połączę poszczególne elementy, być może również, jakie będzie ich obciążenie, jak to wszystko będzie się wizualnie komponować. Od pomysłu przechodzę do naszkicowania mebla. Rysunek musi uwzględniać wszystkie wymiary podstawowe – i to jest właściwie najłatwiejsze w projektowaniu. Musi jednak także uwzględniać wymiary już nie tak oczywiste: grubości ścian, głębokości półek, szerokości ewentualnych szuflad, czy „szpary” w drzwiczkach. I to już – przynajmniej dla mnie – amatora – jest wyzwanie i temat do głębszej analizy.
   Tu, na poddaszu, gdzie ma zostać wykonana szafeczka, dodatkowym utrudnieniem są wszechobecne skosy. One to także przyczyniły się do tego, że postanowiłem robić meble drewniane. Skosy trudno się obrabia, trudno oblicza, a płyty meblowe zamówione w danym wymiarze raczej ciężko jest przyciąć w przypadku jakiejkolwiek pomyłki lub niedopasowania. Drewniane blaty zaś wielokrotnie można podciąć, podszlifować – tak żeby spasowały jak najdokładniej. Po doświadczeniach z wykonaniem szafy, która już w pokoju stoi – uważam, że to był słuszny pomysł. Ilość jej przymiarek i docięć – właśnie ze względu na skos - doprowadzała mnie do dzikiej rozpaczy.
   Po zaprojektowaniu i wykonaniu rysunków przychodzi pora na wyciągnięcie ze stodoły suszących się tam desek, przeheblowanie ich i przycięcie na przybliżony wymiar. A potem klejenie.
 
Kleję jeden z blatów do opisywanej szafeczki.

 
  I tu znowu – można to robić różnie: ambitnie i na skróty: Gdy robiłem córce szafę, to kleiłem deski na obce pióro. Nacinałem deskom felce frezarką i wklejałem w nią listewkę – i potem, przy pomocy ścisków stolarskich sklejałem wszystko razem. Ale doszedłem do wniosku, że to praca nie warta zachodu. Podczas schnięcia -  tam, gdzie się miały pojawić szpary – to się pojawiły, a poklejone z desek płyciny, gdy postały parę dni w domu, i tak powichrowały się jak żagiel. Z drugiej strony blaty, gdy się je już poskręca w całość – i tak się wzajemnie wzmacniają i usztywniają, więc stwierdziłem, że nie ma co bawić się z wklejaniem obcego pióra i obecnie kleiłem dechy już tylko na styk. Przy czym jedną z dwu sklejanych krawędzi podfrezowywałem lekko beczkowym frezem, abym miał szansę docisnąć deski szczelnie do siebie. Efekt – całkiem niezły. Szpar między klejonymi deskami znacząco mniej niż przy metodzie na obce pióro. Jeśli chodzi o wytrzymałość - połamał się tylko jeden z blatów, a i to jedynie dlatego, że położyłem go na noc na stosie innych desek, skąd zrzuciły go zapewne nasze wszędobylskie kocury. 
 
 Cztery poklejone blaty czekają na dalszą obróbkę...


  Gdy już posklejałem płyty, (to tak się łatwo pisze, ale w mojej rzeczywistości klejenie jednego blatu trwa co najmniej dobę, bo mam jedynie parę długich ścisków, a dobę trwa wysychanie kleju stolarskiego) nadszedł czas na ostateczne ich docinanie – już na wymiar.

  W przypadku tego konkretnego mebla doszła jeszcze dodatkowa czynność - mianowicie wycięcie łuków w blatach. (Szafka będzie upchnięta w kąt, dlatego muszę wykonać łukowate drzwiczki, żeby się w ogóle można było dostać do środka).
 
 ...wycinanie. Ta brązowa płyta to oczywiście szablon. Widać pierwsze, płytkie jeszcze nacięcie wykonane frezarką wzdłuż krawędzi szablonu.

 
  Tu poradziłem sobie przy pomocy ręcznej frezarki oraz szablonu. Mam wyrzynarkę ale nie lubię nią pracować, bo błyskawicznie się tępią ostrza, których potem nie można dokupić. A poza tym system trzymania ostrza jest mocno niedopracowany i jest strasznie nieprecyzyjna.

A tu wycięte w półkach "łuki", w których w przyszłości będą drzwiczki.
 
  Po wycięciu łuków pod przyszłe drzwiczki, pozostało dokręcenie do tylnej ścianki podpór, do których będę mocował kolejne półki mebla. Szafeczka ma bowiem stanąć w tak trudnym do zabudowy rogu, że muszę ją składać po jednej płycie, ponieważ nie możliwe jest złożenie jej w całość i wsunięcie na przeznaczone miejsce. I jednocześnie nie mam do niej dostępu z tyłu - wszystko mogę  skręcić jedynie od frontu. Po dokręceniu podpórek pozostało mi frezowanie wykończeń o
raz szlifowanie, czy raczej cyklinowanie (w końcu szlifuję płaskie powierzchnie, niwelując minimalne nierówności między deskami).  
 
 Szlifowanie...

 I można dokonać próbnej przymiarki…
 

Na pierwszy rzut oka wygląda, że coś się da z tego poskładać.
 
Jakie są efekty tej przymiarki, czy jest szansa, że szafeczkę uda mi się wykonać i czy będzie ona jakoś się komponować w pokoju – o tym w drugiej części artykułu „Buduję meble”. Zapraszam za kilka dni.



   




17 stycznia 2018

ROWERAMI PRZEZ MAZOWSZE. LIWIEC, BUG I NAREW.

ROWERAMI PRZEZ MAZOWSZE. LIWIEC, BUG I NAREW.

Mieszkamy na wsi niedaleko Wołomina już od dwóch lat i odkąd się tu sprowadziliśmy staramy się poznać okolice i odnaleźć wszystko, co jest tu ciekawego do obejrzenia. W zeszłym roku planowaliśmy rowerowy wypad w okoliczne pustkowia, jednak toczący się remont domu i inne obowiązki uniemożliwiły nam planowaną wyprawę. W te wakacje postanowiliśmy za wszelką cenę naprawić to zaniechanie. Z niemałym trudem zakupiliśmy dokładne mapy turystyczne okolic, w które zamierzaliśmy się udać, wyznaczyliśmy kilka punktów obowiązkowych i kilka opcji i wyruszyliśmy.
   Stało się to około południa, a po dwóch godzinach dojechaliśmy do Chrzęstnego niedaleko Tłuszcza, gdzie zwiedziliśmy siedemnastowieczny pałacyk. www.palacwchrzesnem.pl


Droga do Chrzęstnego.



Pałac w Chrzęsnem.
Nie jest duży – zwiedzanie trwa około godziny razem z hologramowym pokazem, który przenosi zwiedzających w XIX wiek, - w świat Cypriana Norwida i malarza Władysława Podkowińskiego. Ten pierwszy urodził się w nieodległym dworku i być może bywał w Chrzęsnem, a drugi tu przeżył miłosne podboje. (Ściślej rzecz ujmując –  to nie przeżył!) W pałacu  zgromadzono trochę historycznego wyposażenia, natomiast największe wrażenie na mnie zrobiły oryginalne drewniane stropy na piętrze oraz nietypowe, łukowe z bogatą ornamentyką sklepienia na parterze. W obiekcie organizowanych jest dużo kulturalnych wydarzeń i warto zaglądać na pałacową stronę, oraz oczywiście odwiedzić go.


W pałacu można spotkać Cypriana Norwida.

Z Chrzęstnego udaliśmy się w stronę Jadowa, po drodze zbaczając do rezerwatu Śliże chroniącego malownicze torfowiskowe jeziorko.


Rezerwat Śliże.

W pobliskim lesie zaś natknęliśmy się na pozostałości żydowskiego cmentarza – kirkutu.


Pozostałości kirkutu koło Jadowa.

W Jadowie zjedliśmy słynne lody i pokręciliśmy się po rynku, podziwiając liczne drewniane rzeźby miejscowego artysty.

 Kapela Ludowa grająca koło Domu Kultury w Jadowie.

Nieodległy Liwiec przekroczyliśmy w Zawiszynie i jadąc prawym brzegiem rzeki bardzo zaniedbanym szlakiem dotarliśmy do uroczej polanki, gdzie zatrzymaliśmy się na pierwszy nocleg.
 
Obóz nad Liwcem.

Liwiec jest świetną rzeką na wypady z dziećmi: czysty, płytki, a tu i tam wartka woda pozostawia łachy piachu.
  Rano musieliśmy chcąc, nie chcąc zahaczyć o Łochów, aby kupić oponę do mojego pojazdu.
  Z Łochowa nadkładając nieco drogi, aby zobaczyć dwa dworki w Julinie i w Pogorzelcu dojechaliśmy do muzeum Gwizdków w Gwizdałach. Wspomniane ziemiańskie siedziby obejrzeliśmy jedynie przez płot – w pierwszym z nich jest obecnie dom dziecka, a drugi jest prywatny, wyremontowany, ale chyba raczej nie udostępniony do zwiedzania.
  W Muzeum Gwizdka spotkaliśmy pierwszych turystów (i chyba jedynych  w czasie całej pięciodniowej wyprawy – nie licząc również nielicznych kajakarzy spływających Liwcem). Eksponaty – to znaczy różnego rodzaju kształtu i przeznaczenia gwizdki są poustawiane w kilkunastu gablotach, a opowiada o nich pasjonat i gawędziarz z Ukrainy, który swój humorystyczny wykład o gwizdkach wzbogaca króciutkim pokazem lepienia naczyń z gliny na kole garncarskim, oraz odlewa w formie na przykład ceramicznego aniołka. Muzeum jest niepozorne, ale nie znudził się nim nawet mój dziewięcioletni syn, który rzadko bywa czymkolwiek zainteresowany dłużej niż chwilę. Niestety obecni włodarze Gwizdał raczej nie są przychylni Muzeum, więc raczej warto się spieszyć, jeśli ktoś chce je odwiedzić. http://muzeum-gwizdka.pl/
  Z Gwizdał ruszyliśmy przez urokliwe wsie rozciągające się wzdłuż prawego brzegu Liwca w kierunku Kamieńczyka. Miejscowości te, jako że położone w bardzo atrakcyjnym terenie zabudowane są w dużej mierze domkami letniskowymi, ale zdarzają się również perełki architektury drewnianej jak ta w Nadkolu, a i domki letniskowe też prezentują się na ogół jak najlepiej.

Drewniana willa w Nadkolu.

  Przekroczywszy most na Liwcu w Nadkolu znaleźliśmy się w Kamieńczyku.
 Jest to wieś położona u ujścia Liwca do Bugu, bardzo zadbana; kiedyś zapewne była miasteczkiem, sądząc po rynku w centrum miejscowości. Zabudowa w dużej mierze wciąż lub znów drewniana, ogólnie robi bardzo miłe wrażenie.

Kamienny Flisak.

Przy rynku, na którym stoi kamienna rzeźba flisaka, (podobno światowy unikat), znajduje się również muzeum etnograficzno-flisackie.

Właściciel Muzeum w Kamieńczyku.

Muzeum jest małe, ale jego właściciel jest zapalonym gawędziarzem i słuchając jego opowieści o spławianiu drewna i o życiu zajmujących się tym flisaków, można spokojnie spędzić wśród dawnych narzędzi i tajemniczych przyrządów dwie godziny. Właściciel muzeum bardzo serdecznie zaprasza do odwiedzenia muzeum i ja również polecam, aby to zrobić.
  W Kamieńczyku można oczywiście także zjeść pyszny obiad, na przykład w barze – nie wiem czy miał on jakąś nazwę, ale przy drodze z Nadkola, koło sklepu Blue. (Nam szczególnie przypadły do gustu domowe pyzy lub farszynki – rodzaj kartaczy).


Prom Kamieńczyk – Brańszczyk.

Kolejną niewątpliwą atrakcją, która nas mile zaskoczyła jest prom przez Bug, łączący dwie miejscowości: Kamieńczyk i leżący na przeciwnym brzegu Bugu Brańszczyk. Tablica z numerem telefonu do właściciela promu jest przybita na drzewie rosnącym przy przeprawie. Można zadzwonić i mimo, że my nad rzeką stanęliśmy w końcu już koło ósmej, pan obsługujący prom jednak przeprawił nas na drugą stronę, zabawiając opowieściami o życiu na rzece. Jeśli tam traficie spytajcie koniecznie, jak nazywa się przyrząd pomagający ciągnąć linę, po której prom się porusza. Bo prom napędzany jest siłami ludzkich mięśni, mimo że można przeprawić się przez rzekę nawet samochodem! Więc pamiętajcie: spytajcie jak nazywa się drewniana rączka – młotek do przeciągania liny. Ubawicie się setnie.
  Nad Bugiem czekało nas niemiłe rozczarowanie. Rzeka jest brudna. Kąpiel w niej nie może być przyjemnością. Musieliśmy poszukać jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy skorzystać z wody do kąpieli.
  Tej nocy nie rozbiliśmy więc biwaku na dziko, ale na podwórzu w gospodarstwie agroturystycznym w Brańszczyku, nieopodal klasycystycznego kościoła i zadbanej secesyjnej plebani, której uroki dachu doceniły wszechobecne w mazowieckich wsiach bociany.


 Jedno z licznych bocianich gniazd – to na plebanii w Brańszczyku.

Bug mimo, że jest brudny z daleka wygląda przeuroczo.

    Bug.

  Następnego dnia obejrzeliśmy miejscowy skansen. Zrobiliśmy to sami i to powierzchownie, gdyż nie było w nim nikogo, kto mógłby nas oprowadzić, więc obejrzeliśmy po prostu kilka zestawionych tu chałup i zabudowań jedynie z zewnątrz. Trochę szkoda, bo potencjał jest.


Skansen w Brańszczyku.
Na mapie i w przewodniku mieliśmy jeszcze napisane, że we wsi jest młyn wodny, ale nie zlokalizowaliśmy go.
  Dalej wyruszyliśmy przez Puszczę Białą szlakiem na wprost do Porządzia.

Przez Puszczę Białą.

Las mimo, że zapewne jest jedynie namiastką tego, czym był przed wiekami robi wciąż potężne wrażenie.
  Po przejechaniu kilku kilometrów w takich okolicznościach przyrody bardzo fajną, gruntową lecz twardą drogą. (Piasek na takich trasach, zdarzający się bardzo często to prawdziwa zmora rowerzystów!) dojeżdża się do Starej Wsi. Pozostało tam jeszcze kilka pięknych kurpiowskich chat, charakterystycznie wykończonych drewnianą snycerką.


Opuszczona kurpiowska chata w Starej Wsi obok Porządzia.

Żeby je obejrzeć trzeba się spieszyć, bo większość z nich jest opuszczona i chyli się ku upadkowi, poza jedną – już przy głównej drodze Wyszków – Porządzie pod numerem 2, która jest pięknie zadbana, a jej właścicielka jest dumna, że mieszka w starym, tradycyjnym domu.


To pewnie niedługo będzie jedyny tradycyjny dom w Porządziu…

  Nad miejscowością Porządzie góruje drewniana wysoka wieża kościoła wybudowanego w okresie międzywojennym w stylu zakopiańskim. Przy kościele są organizowane raz w miesiącu znane w okolicy trzydniowe rekolekcje, na które spotykani miejscowi serdecznie radzili się wybrać.

Kościół w Porządziu.

  My puściliśmy się z Porządzia dalej na północ – już w stronę Narwi, która dawniej ewidentnie rozlewała się tuż – tuż, bowiem po dość stromym i długim zjeździe nagle znaleźliśmy się na progu rozległej – aż po horyzont – równiny, która na naszej mapie jest zaznaczone jako teren bagnisty – Bagno Pulwy.


Bezkresne Pulwy.

Jest to dawne – dziś osuszone - rozlewisko Narwi, która nie mogąc przedrzeć się przez wyższe wzniesienia morenowe gdzieś na zachód -  w okolicach Pułtuska - utworzyła tu olbrzymie, płytkie jezioro. Dziś przywodzi ono na myśl nadmorskie równiny po zarastających jeziorach w okolicach Łeby i Smołdzina.
  Warto zobaczyć tę bezkresną równinę – obecnie głównie łąki - póki są one uprawiane i nie zarosły!
  Przemierzyliśmy Pulwy dojeżdżając do Grodziczna, a następnie w Grądach Zalewnych dotarliśmy do Narwi – celu naszej podróży.
  Trochę obawialiśmy się, że nie będziemy mogli nad rzeką rozbić namiotu – ale spytaliśmy o pozwolenie właścicieli pastwisk – i bez problemu uzyskaliśmy nie tylko zezwolenie, ale także darmowe mleko oraz wodę.


Nad Narwią.

 Narew jest piękna. Nurt ma bystry i jest dość głęboka, więc trzeba uważać podczas kąpieli – ale jest dzika, bezludna, na rzece są wyspy. Dno jest usiane kamieniami – jednym słowem raj!
  Wreszcie mogliśmy pobiwakować całą gębą. Dopisywała nam pogoda, więc po wieczornej kąpieli w rzece rozpaliliśmy ognisko, na którym ugotowaliśmy z grzybów znalezionych po drodze, makaronu i jakieś puszki pyszne obozowe danie jednogarnkowe, którym uświęciliśmy naszą wyprawę.
  Kolejnego dnia już kierowaliśmy się z powrotem w stronę domu.


Kościół w Nowej Lubieli.

Przez Nową Lubiel z modrzewiowym kościołem, zachodnim skrajem Bagien Pulwy, mijając z rzadka rozrzucone gospodarstwa dotarliśmy do malowniczego wzniesienia – dawnego brzegu Narwi, na którym rozłożyła się wieś Rząśnik. Muszę tu pochwalić włodarzy tej miejscowości, która jest bardzo czystą, zadbaną; w centrum jest skromny, ale oblegany przez tubylczą młodzież odkryty basen. W miejscowości jest też pięknie położony olbrzymi zespół szkół z ogromnym boiskiem. Bardzo pozytywne wrażenie!
  Z Rząśnika, przez Dąbrowę i Ochudno – żeby omijać uczęszczane drogi dotarliśmy do Wyszkowa. Stąd po świetnym obiedzie w barze przy ulicy I Armii Wojska Polskiego, omijając dzikie korki i przekroczywszy znów Bug dotarliśmy z innej strony kolejny raz do Kamieńczyka. I za Kamieńczykiem rozłożyliśmy się obozem nad Liwcem na rozległych łąkach, nieopodal mostu w Nadkolu.
  Liwiec jest świetną rzeką dla dzieci. Płytki, bezpieczny, piaszczyste dno i łachy piachu odkładanego na brzeg. Aż dziw, że jest tam tak pusto!

Liwiec nieopodal Kamieńczyka.

  I nadszedł ostatni dzień naszego wypadu. Po obowiązkowych porannym chlapaniu, około południa puściliśmy się w poprzek Puszczy Kamienieckiej w kierunku wsi Podgać i Basinów. Tu mała uwaga co do oznaczeń szlaków, bo są takowe – owszem - ale średnio chyba co około kilometr, także należy się raczej pilnować własnego azymutu.


Błądząc przez Puszczę Kamieniecką.

Ale jakoś udało nam się puszczę przebyć.


Wyprawa skończyła się opłakanie. Ale to żal, że już koniec.

Tu nas złapał deszcz (troszkę przed Mokrą Wsią) i w jego strugach, omijając Tłuszcz i przejeżdżając znów przez Chrzęsne – dotarliśmy szczęśliwi do domu.
  Wyjazd zaliczamy do wielce udanych. Okazało się, że tuż za naszym progiem, w miejscach kompletnie omijanych przez turystów i właściwie przemilczanych przez przewodniki są zakątki i przyrodniczo, i krajoznawczo, i po prostu wypoczynkowo równie atrakcyjne, jak właśnie te oblegane do znudzenia i skomercjalizowane do granic, w których ciężko chyba odpocząć i znaleźć coś zaskakującego.
  Jednym słowem polecam; ale tylko tym, którzy cenią sobie ciszę, spokój i chcą zachwycić się mazowieckim pięknem i bogactwem kultury.


Skraj Puszczy Białej.

lipiec 2017 r.

 
A to plan naszej wycieczki Choiny - Narew.