BLOG O ŻYCIU NA WSI

09 maja 2018

Zastałem dom murowany, pozostawię drewniany...


Dom wymarzony - jak sobie go zrobić.

Mój dom spodobał mi się na pierwszy rzut oka. Powierzchnia około siedemdziesięciu metrów kwadratowych, parterowy z dwuspadowym dachem, ceglany. Kubatura idealna, proporcje zachowane, domek jak z dziecięcego obrazka. Taka zwykła mazowiecka chałupka z lat siedemdziesiątych. Taki kształt i wielkość budynku bardzo mi odpowiadały, natomiast nie odpowiadał mi wygląd elewacji. Pragnąłem domu bardziej klasycznego.
 
 Ostatni moment, aby zobaczyć dom ceglanym...
Ważne też było (jest) otoczenie domu. Dookoła niego rosną potężne lipy i jesion – co nadaje z kolei całości posmak siedziby ziemiańskiej. (Dawniej wokół domów wiejskich nie sadzono drzew, bo szkoda było ziemi, a poza tym na słomiane dachy źle wpływały opadające z drzew liście). Ponadto ja zamierzałem wykorzystać użytkowo poddasze, czego również nigdy nie praktykowano w typowych wiejskich chatach. Siłą rzeczy wyszło na to, że postanowiłem przerobić typowy zagrodowy budynek w coś na kształt dworku.
 
 ... bo z drugiej strony postępują prace.
Remont zacząłem od zwalenia eternitowego dachu wraz z więźbą, która była w rozsypce. Przy okazji rozebrałem właściwie do stropu niziutkie ściany kolankowe i szczytowe i nadbudowałem je drugi raz – tym razem w szczytowych ścianach pozostawiając po dwa otwory okienne, a ściany kolankowe – nieco podwyższyłem i zalałem solidny wieniec jako podporę dla dachu. Rozebrałem również do stropu, umieszczony centralnie, stary, dwukanałowy komin, a w jego miejsce postawiłem komin zbiorczy, ze wszystkimi jedenastoma przewodami wentylacyjnymi oraz kanałem dymowym. Chciałem, żeby nad dachem górował pojedynczy, centralny komin, bo takie jego położenie wydaje mi się najbardziej wskazane. Ponadto – nawiązując do stylu dworkowego - dach przyozdobiłem czterema symetrycznymi wykuszami – po dwa na każdej połaci. Oczywiście chciałem także w ten sposób doświetlić pomieszczenia na poddaszu, ale właśnie świadomie wybrałem lukarny, a nie na przykład jakże modne obecnie okna dachowe. Dach pokryłem również nawiązującym swym wyglądem do tradycyjnych pokryć gontem bitumicznym. Ażeby nie psuć wrażenia prostoty i zachowawczości zrezygnowałem z orynnowania. Dach ma dosyć solidny okapnik i na razie podmurówka wytrzymuje rozbryzgującą się wodę.
  Zawsze chciałem mieszkać w domku drewnianym. Natomiast - tak jak pisałem - drewno ma jedną podstawową (bo przecież nie jedyną!) wadę: posiada niską bezwładność cieplną, to znaczy mieszkanie drewniane szybo się nagrzewa, ale i szybko wychładza. Wysoką bezwładność zapewnia za to cegła. W przypadku mojego domu postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: mieć ładny, właśnie wymarzony jego wygląd połączony z funkcjonalnością...  i po prostu go oszalowałem.
 "po prostu go oszalowałem" - to taki żart. Wykonanie drewnianej elewacji jest niezwykle pracochłonne. Takich deseczek jak na filmiku musiałem wykonać prawie trzysta. A to tylko jeden z licznych detali.
 A tu już elementy gotowe do zamontowania.
W tym celu wykonałem rekonesans po okolicznych, już nielicznych starych budynkach drewnianych, żeby zobaczyć, jakie mają charakterystyczne cechy. I następnie spróbowałem te najważniejsze detale architektury drewnianej, które okazały się rzeczywiście wyróżniające jedynie dla chałup w najbliższej okolicy przenieść na swoją elewację. Niestety pewne elementy – jak wykończenia wykuszy - już zdążyłem do tego czasu popsuć, wykonując je zupełnie nie w miejscowym stylu, nad czym boleję, ale nie na tyle, żeby je zmieniać. 
 
Tu akurat chałupa jest oszalowana. Między innymi z tego domu "zapożyczyłem" charakterystyczne wykończenia nad oknami i ogólny wzór odeskowania. Czeka mnie jeszcze wykonanie ozdoby szczytowej. Tego domu już nie ma. Spłonął z pół roku temu.
  
 ... a tak to wygląda u mnie.
Za to zachowałem charakterystyczny dla moich okolic drewniany ornament biegnący nad oknami, tylko nieznacznie zmieniając, ze względów technologicznych rysunek detalu deski. A także mam zamiar umieścić w szczytach dachu ozdobę o kształcie również spotykanym jedynie w mojej okolicy. Ta praca wciąż jeszcze jest przede mną.
  Oczywiście szalując dom byłem w stanie jedynie nawiązać do miejscowych wzorów: chociażby z tego względu, że tutejsze (jak większość wiejskich domów drewnianych) tradycyjne budowle postawione były z bala nieoszalowanego. Poza tym wiejskie chaty nigdy nie miały użytkowego poddasza z oknami w ścianach szczytowych – z tego powodu nie mogłem tych ścian wykończyć w rysunku spotykanym w okolicznych domach. I tak dalej.
 
 A tu zaczynam prace. Pod folią są łaty, na folii kontrłaty, pomiędzy nimi styropian i dalej deski.
Najniżej położonym, ozdobnym elementem elewacji jest kamienna podmurówka. Uważam, że podmurówka z polnych kamieni świetnie nawiązuje do tradycyjnego budownictwa, a także pasuje do drewnianego budynku oraz otoczenia.
  Myślę, że o wykonaniu tej podmurówki i w ogóle o moich doświadczeniach z murowaniem kamieni napiszę kiedyś oddzielny artykuł. Żeby nie przedłużać tego.  
 
Mam nadzieje, że efekt wart jest włożonej pracy.
Obecnie do wykończenia zewnętrznych ścian zostało mi naprawdę niewiele: Obramowania okien na poddaszu, części listew, fragmenty podmurówki, wspomniane ozdoby w szczytach. A,  - i oczywiście ganek, którego wykończenie jest pewnym wyzwaniem. Gdy dokonam tych prac nie omieszkam o tym pochwalić się na swym blogu.

06 kwietnia 2018

Dywagacje o domu. Cześć druga.

Dom: Dalsze przemyślenia.

Jak napisałem w pierwszej części – poza możliwie małą kubaturą – pozostałe cechy domu idealnego, to są już detale. To, czy będzie to dom murowany, czy drewniany, parterowy czy piętrowy – to są ważne sprawy, ale nie priorytetowe.
  Ja jestem fanem tradycji. W związku z tym najbardziej podobają mi się domki parterowe z poddaszem. To wizualnie, ale ze względów praktycznych – również.
  Po pierwsze; taki dom zajmuje na działce mało miejsca. Po prostu. Po co niszczyć przyrodę na powiedzmy – tych 150 m2 pod dom parterowy, jak możemy zniszczyć połowę tej powierzchni stawiając parter z poddaszem?
  Po drugie – zwarty budynek łatwiej ogrzać. Nie potrzeba transportować ogrzewającego medium na duże odległości, bo wszędzie jest blisko.
  Po trzecie taki dom łatwiej się doświetla. W środku nie ma dużych pomieszczeń z dala od zewnętrznych ścian.
  Po czwarte łatwiej jest wydzielić wewnątrz strefę intymności – sypialnie na poddaszu są właściwie kompletnie odizolowane od z reguły bardziej „społecznego” parteru. (Chociaż to można uznać za wadę – jeśli ktoś chce mieć, na przykład dzieci ciągle „na oku”).
  Kolejny dylemat, który musi rozstrzygnąć każdy inwestor to materiał, z jakiego swój dom pobuduje. I to już jest naprawdę rzecz super skomplikowana i niejednoznaczna.
  Mi podobają się domy drewniane. Najfajniej jak są z bala. Oczywiście na osiedlu wypasionych willi taka chałupa nie ma racji bytu. Ale w takim miejscu, jak moja wieś – i owszem. Z tym, że taki dom ma co najmniej trzy wady: jeśli bal jest wystarczająco gruby, żeby dom był ciepły – to taka chata jest zbójecko droga. Poza tym drewno ma niską bezwładność cieplną. Szybko się grzeje ale i szybko studzi. No i spawa estetyczna – tradycyjny dom z bala powinien mieć małe okienka, najlepiej jeszcze ze szprosami, bo duże przeszklone powierzchnie nowoczesnych okien do takiego budynku jakoś nie pasują. Więc w środku zawsze jest nie za jasno.
  Materiały budowlane, tak zwane ceramiczne – czy jest to taka cegła, czy inna, czy pustaki, czy ytong – różnicie między nimi są już raczej niezasadnicze. Chociaż wybór poszczególnych rozwiązań niesie za sobą pewne konsekwencje. Na przykład ciężkie, ceglane ściany wymagają solidniejszej podbudowy, niż ściany z pustaków. Z kolei nowoczesne bloczki ceramiczne czy cementowo wapienne wymagają większego reżimu budowlanego.
  Ale ściany to tak naprawdę fragmencik budowy!
  Bo można się także głowić nad tym, czy lepszy jest fundament, czy płyta, czy więźba klejona, czy tradycyjna, czy składać ją tradycyjnie na zaciosy, czy jedynie na złącza ciesielskie… i tak dalej, i tak dalej – kolejne zależności, powiązania i następstwa… nie do przebrnięcia i nie do rozstrzygnięcia.
  Zaznaczę jeden aspekt, który mnie trochę dziwi: Obecnie właściwie już nie muruje się ścian z pełnej cegły, co wbrew pozorom nie musi być złym rozwiązaniem właśnie ze względu na ową bezwładność cieplną. W grubych, solidnych murach z pełnej cegły temperatura jest w miarę wyrównana. Jeśli mury są dodatkowo ocieplone, to zimą jest łatwo uzyskać i utrzymać w nich komfort termiczny. A z kolei latem, nawet podczas upałów takie ściany dają przyjemne poczucie chłodu… Do tego ceglany mur ma swój ponadczasowy urok i nie wymaga już żadnego wykończenia. Osobiście uważam, że zbyt pochopnie odrzuciliśmy tradycję budowania domów z pełnej cegły, szczególnie w naszym zmiennym klimacie. Sprawę jednak przeważyły raczej koszty… i moda. Obecnie taki mur jest w odwrocie, ale jestem przekonany, że to chwilowy trend.
  Wracając: to z czego pobudujemy swój dom, czym go pokryjemy, czy będzie miał piwnicę, jakie okna zastosujemy - to są niuanse, nad którymi warto się pochylić. Ale każdy inwestor musi sam rozsądzić, jakie rozwiązanie jest mu najbliższe.
  Budowa domu ma tyle aspektów i stawia tyle pytań, że można by na ten temat pisać książki, a nie krótki artykuł na bloga. W dalszej, trzeciej części zajmę się więc już szczegółowo rozwiązaniami budowlano – architektonicznymi, które ja zastosowałem u siebie, ponieważ nie czuję się na siłach, ani nie mam takiej wiedzy, żeby wchodzić w budowlane szczegóły.
  Jeśli przebrnąłeś Drogi Czytelniku przez ten drugi wpis o domu idealnym - to zapraszam do części trzeciej, w której podzielę się swoimi rozwiązaniami, jakie zastosowałem, aby powstał mój prawie wymarzony dom.






Dywagacje o domu. Część pierwsza.

 Dom: jaki powinien być?

Na przedmieściach Warszawy, na których mieszkałem przez większość życia, moi sąsiedzi na ogół uważali, że muszą posiadać co najmniej willę. Nie zwykły dom – ale właśnie willę, a najlepiej pałacyk. Taka willa na przedmieściu – to nobilituje! A czy poza zaspokojeniem własnego ego stawianie czterystumetrowego molocha dla trzyosobowej rodziny ma jakiś sens? – takiego pytania chyba sobie nikt tam nie zadawał.
  A ja uważam, że dom powinien być mały: sto, może sto dwadzieścia metrów spokojnie wystarczy dla cztero, czy pięcioosobowej rodziny. Uważam, że niewielkie gabaryty to tak naprawdę podstawowa cecha domu idealnego. Zaletami takiego budynku są jego ekonomiczność i ekologiczność.
  Mały dom to oczywiście mniejsze koszty budowy. Decydując się na duży dom trzeba pamiętać, że główne koszty budowy zaczynają się dopiero przy wykończeniówce: dziesiątki, albo setki metrów kwadratowych tynków, rozległe podłogi, nie kończące się przewody mediów, kolejne i kolejne okna... na to można wydać prawdziwą fortunę.
  Obecnie zdarza się to już rzadziej – ale z dawnych lat pamiętam wiele takich budów, które doprowadzało się do użytku tylko w części, a reszta domu trwała w stanie surowym nieraz dziesiątki lat, bo właścicieli nie było stać na wykończenie. Ale wtedy takie „przestrzelone” inwestycje były często wymuszone przez  system, w którym nam przyszło żyć. Nasi rodzice twierdzili, że budują duży dom, by biedne dzieci mogły w nim zamieszkać… Zwykle nie zamieszkiwali – i prawie pusty gmach zostawał na głowie starszych ludzi, którzy już zupełnie nie radzili sobie z jego utrzymaniem. Ale przyjmijmy, że chociaż jakiś argument przemawiający za potężną kubaturą był…
  Dziś ten argument upadł. Społeczeństwo się wzbogaciło na tyle, że z góry wiadomo, iż dzieci, gdy tylko będą mogły, to z domu się wyprowadzą. A mimo to inwestorzy bardzo często w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”, zaciskają pasa, biorą pożyczkę, wykańczają zbyt wielki dom – i potem klną w duchu, że tak dużo wydają na jego utrzymanie: ogrzewanie, remonty, przemeblowania. Tego wszystkiego koszty rosną wykładniczo wraz z metrażem.
  A to i tak jedynie część problemów, które stwarza zbyt duży budynek.
   Dzisiaj wydaje się, że dużo lepiej zadbamy o swoje potomstwo pozostawiając mu nie część za wielkiego domu, ale jak najmniej zdegradowane środowisko. Co ma wielkość domu do degradacji środowiska? Ma i to wiele: począwszy od budowy: duży dom wymaga dużo cementu, cegieł, drewna – wszystkiego dużo – a to wszystko pożera energię i zasoby. Wydaje się, że to jednorazowa ingerencja… ale nic bardziej mylnego! Później dalej zużywamy energie i zasoby – na ogrzewanie, oświetlenie, sprzątanie; wszelką codzienną eksploatację. Podam przykład: przyjmuje się, że zimą na ogrzanie 1 metra kwadratowego dość dobrze izolowanego domu potrzeba około 50 W/h, czyli dom stumetrowy pobiera średnio przez cztery zimowe miesiące około pięciu kilowatów energii. To tak jakbyśmy mieli przez ten czas włączone pięćdziesiąt (!) starych, stuwatowych żarówek. A jeśli mamy trzysta metrów do ogrzania, to tych żarówek świeci się nam już sto pięćdziesiąt. Kto by sobie pozwolił na takie marnotrawstwo?! I nie jest oczywiście istotne czym się grzejemy: czy węglem, czy prądem czy gazem. Tyle energii musimy zużyć, i zużywamy, i już. Wypalony węgiel czy gaz już nigdy nie stanie się na powrót węglem, czy gazem; doda się do smogu i efektu cieplarnianego... A przecież ogrzewanie jest tylko jedną z wielu składowych kosztów (także tych środowiskowych) utrzymania mieszkania.
  Ponadto domu nie stawia się przecież na rok, czy dwa i w rezultacie tylko dlatego, że ktoś miał kaprys, lub niską samoocenę, przez wiele dziesiątków kolejnych lat, środowisko zupełnie niepotrzebnie jest eksploatowane w sposób rabunkowy. A dziś już wiemy, dlaczego upadła cywilizacja Majów i jak skończyli mieszkańcy Wysp Wielkanocnych...
  Według mnie pieniądze zaoszczędzone na budowę i eksploatację niewielkiego domu naprawdę fajnie wydać jakoś przyjemniej. A zasoby nie wyrwane środowisku – zostawić następnym pokoleniom. To na pewno bardziej im się przyda, niż przewymiarowany dom.
  Jeśli nie zanudziłem i interesują Cię moje dywagacje o domu idealnym – zapraszam do kolejnego wpisu na ten temat.


15 marca 2018

renowacja piwnicy ziemnej


























 Remont piwnicy ziemnej.


  Jak się mieszka na wsi to – moim zdaniem - wypada uprawiać też ogródek. A kiedy już coś na grządkach urośnie, to dobrze byłoby te w trudzie wyhodowane płody przechować przez długie zimowe miesiące.
  Na wsiach od zawsze zimowano warzywa i owoce w najlepszych dla nich warunkach – to znaczy w ziemnych piwnicach.
  I na szczęście ja również taką piwnicę na swej posiadłości mam. Jest ona usytuowana nietypowo – bo w stodole. Poprzedni właściciele chyba dawno przestali jej używać jako spichlerza. Ja zastałem tam resztkę węgla i jakieś rupiecie.
 

 Cegły wstępnie oczyszczone i wybrany piach.
 
Przez dwa sezony męczyłem się przechowując płody rolne w dołkach przykrytych liśćmi, ale nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie i przed ostatnią zimą stwierdziłem: dość! -  i postanowiłem odświeżyć i wykorzystywać swoją piwniczkę. 
 
Warzywa w zeszłym roku obrodziły, więc musiałem jakoś je zabezpieczyć.
 
  Do tej pory – ponieważ właściwie do niej nie wchodziłem – była zamieszkiwana głównie przez pająki oraz – jak się okazało podczas sprzątanie – upodobały ją sobie myszy.
  Piwnica jest wymurowana z czerwonej cegły na podmurówce kamiennej. Nie jest bardzo zagłębiona w ziemi ze względu na wody gruntowe. Jest jednak dobrze zaizolowana termicznie z zewnątrz bardzo grubą warstwą siana. Jej podłogę stanowił piasek, który co kilka lat, dla odświeżenia był dosypywany przez poprzednich właścicieli. To spowodowało, że w środku nie można się już było wyprostować, aby nie uderzyć głową o strop.
  Ponieważ –jak mówiłem – częstymi jej gośćmi były myszy, które przedostawały się przez  piaszczyste podłoże stwierdziłem, że jedynym sposobem, aby się ich pozbyć jest wybetonowanie posadzki.
  Najpierw więc wybrałem trochę piachu, aby móc wygodnie rozprostować się pod sklepieniem. Następnie zabrałem się za zrywanie starego tynku z zawilgoconych ścian. Początkowo byłem pewny, że odpadnie z nich cały tynk. Gdy zacząłem walczyć ze starą zaprawą okazało się jednak, że częściowo trzyma się ona  nadspodziewanie solidnie. Stwierdziłem, więc że część tynku na ścianach pozostanie. 

 
Tynk nie chciał cały odpaść, to go zostawiłem... 
 
Po jego wstępnym zbiciu zabrałem się za czyszczenie cegieł z resztek zaprawy. Używałem do tego drucianej szczotki zakładanej na szlifierką kątową. Stal zostawiała jednak na cegłach paskudne czarne smugi. Żeby się ich pozbyć doczyszczałem je tarczą plastikową – normalnie służącą do czyszczenia stalowych elementów z rdzy. Po oczyszczeniu cegieł uzupełniłem ubytki w zaprawie między cegłami i co nieco wyrównałem tynk. Następnie dwukrotnie ściany zaimpregnowałem gruntem głębokopenetrującym. 
 
Podczas prac nieopatrznie zostawiłem otwarte drzwi. Jesień była ciepła... i proszę! Takie kapeluszniki mi urosły na gołej ścianie!

  Później wziąłem się za podłogę. Rozmyślnie nie zastosowałem żadnej izolacji przeciwwilgociowej. Wilgoć w ziemnej piwniczce jest chyba pożądana, bo w takich warunkach lepiej przechowują się warzywa. Na wyrównany i ubity piach po prostu wylałem beton i z połupanych kamieni ułożyłem na nim posadzkę. Całość zaimpregnowałem. 

 

Układanie posadzki z kamiennych odpadów.
 

  Niestety kamienie nie prezentują się jakoś specjalnie oszałamiająco. Zabrudziły się cementem, od którego zszarzały i mimo, że próbowałem je doczyszczać, nie wyglądają tak, jak bym chciał. Nie wiem jak mam przywrócić im piękną barwę naturalnych kamieni i szkoda mi mojej pracy, którą włożyłem w układanie z nich posadzki.
 
Nie wiem czym to doczyścić, żeby kamienie nabrały koloru...

 Po ułożeniu podłogi zamalowałem jeszcze tynk na biało.
 
A tu ściany wykończone... a nawet już zabrudzone...
 
  W piwniczce dawniej ewidentnie był otwór wenty wentylacyjny, który potem został zamurowany. Żeby pozbyć się stęchlizny wybiłem go z powrotem. 

 
 Wybite okienko wentylacyjne.
Teraz pozostało mi jeszcze wykonanie stałego oświetlenia oraz półek na przetwory, które będą wyglądały tak:
     Jeszcze dwie takie półki dołożę.

  Półka jest wykonana z cienkiej zbrojonej betonowej płyty, (znalazłem takie płyty gdzieś w kącie stodoły podczas sprzątania), a nogi do półki są odlane z betonu. Bo to chyba najsensowniejszy materiał na taką wilgoć. Ramkę do półki wykonałem z głęboko zaimpregnowanego drewna.
   Moja piwniczka podczas ostatnich siarczystych mrozów okazała się świetnym miejscem do przechowywania nie tylko warzyw, owoców, jajek, czy słoików z przetworami, ale również wszelakiej chemii budowlanej na bazie wody.


Teraz już skrzynki są prawie puste, ale w połowie marca śmiało mogę powiedzieć, że piwnica się sprawdziła.

Co więcej: mogłem sobie w niej również   pomalować jakieś nie za długie elementy – nie bacząc na mróz panujący na zewnątrz.
   Słowem: odświeżenie tego lochu okazało się naprawdę trafioną inwestycją.



















27 lutego 2018

Kurs nurkowy - Hańcza 2017


Kurs nurkowy na Jeziorze Hańcza

Kocham wodę, uwielbiam pływać, a nurkowanie zawsze wydawało mi się fascynujące. Przy czym, niestety w Polsce nurkowanie z samą maską nie przysparza ogromu wrażeń, ale podczas letnich eskapad do cieplejszych krajów zejścia pod wodę były dla mnie jednymi z przyjemniejszych doświadczeń. Ekscytuje mnie zarówno stan nieważkości w wodzie, jak i poznawanie podczas zanurzeń równoległego świata. Ale nurkowanie na bezdechu – choć fajne – jest męczące i nie daje takich możliwości, jak nurkowanie ze sprzętem. A przekonałem się, że nurkowanie z akwalungiem jest naprawdę świetne kiedyś, podczas firmowego wyjazdu na Cypr, gdzie miałem okazję ponurkować rekreacyjnie. Przekonałem się wtedy, że przebywanie pod wodą z butlą przenosi człowieka w inną rzeczywistość właściwie bez negatywnych wrażeń i bez ograniczeń. Od tego czasu zrobienie kursu nurkowego stało się dla mnie marzeniem.
  Obiecałem kiedyś mojej nastoletniej córce, że jej ten inny, podwodny świat pokażę i wreszcie, po wielu latach trafiła mi się okazja, by spełnić z moim dzieckiem to wspólne już marzenie.
  Nie chciałem robić kursu na basenie. O ile lubię każdą wodę – mogę pływać i w stawie hodowlanym (tak, zdarzyło mi się!) i w jeziorze, i w rzecze, czy morzu – o tyle basen jest dla mnie najsłabszą opcją.
  Na miejsce przeprowadzenia kursu wybrałem jezioro Hańcza na Suwalszczyźnie. Najgłębsze i bardzo czyste polskie jezioro.


Jezioro Hańcza
W końcu czerwca stawiliśmy się na umówionym miejscu. Pierwszym wrażeniem z Centrum Nurkowego Adriatic, w którym mieliśmy wykupiony kurs, było zaskoczenie.


Nieźle się zapowiada, jak mamy taką wypasioną bazę…

Ale to tylko taki żart. Centrum Nurkowe miało swoją siedzibę w posesji obok.
Po krótkiej lekcji teoretycznej puszczono nas na głęboką wodę. I to dwa razy pierwszego dnia.
 
Zakładam mokry skafander, więc minę mam nietęgą. Tym bardziej, że w ogóle jest dość chłodno.



Jeszcze neoprenowe buty, kaptur i rękawiczki.
 

I mogę powalczyć ze sprzętem. Instruktor sprawdza czy wszystko jest na miejscu.
 

Gotowy do zanurzenia!
 

Teraz moje dziecko. Jak widać jest szczęśliwa.
 

Jeszcze tylko musi napluć na maskę…


i idziemy do wody.


Za chwilę pełne zanurzenie.

Przez cztery dni mieliśmy pięć nurkowań. Zaczęliśmy od pięciu metrów, a podczas ostatnich dwóch zanurzeń zeszliśmy na dwadzieścia – na więcej nie można podczas kursu początkowego.
  Uzyskaliśmy uprawnienia federacji CMAS na nurkowania do 20 metrów  (takiej wysokości jest mniej więcej sześciopiętrowy blok!) Wrażenia niezapomniane. I rozbudzone kolejne namiętności: kurs otworzył nam drogę do kolejnych kręgów wtajemniczeń: można nurkować nocą (świetnie się podgląda faunę), można robić kurs nurkowania jaskiniowego, nurkowania w suchym skafandrze, nurkowania wrakowego… Można pożyczyć sprzęt gdzieś w Grecji, czy Chorwacji, lub na Bornholmie, gdzie podobno Bałtyk nie ustępuje urodzie ciepłym morzom.
  Póki co poznaliśmy maleńki fragment Jeziora Hańcza do głębokości 20 metrów. Hańcza jest jeziorem oligotroficznym (to znaczy ma ubogą florę i faunę). Nam się zdarzyło tylko ze dwa razy wpłynąć w potężną, taką filmową ławicę ryb. Przy brzegu czasami natykaliśmy się na okonie, zdarzały się też ładniejsze sztuki w toni. Widzieliśmy małego minoga i raz przemknęła jakaś większa ryba – może karp? Na dnie jest zaskakująco dużo ślimaków: żyworódek i racicznic, rzadziej zdarzają się zatoczki i błotniarki. Nad dennym mułem w podskokach uwijają się przepłoszone drobne kiełże... Roślinność, i zamieszkująca ją wodna fauna na Hańczy kończy się na siódmym – ósmym metrze. Dalej robi się już szaro, z rzadka przemykają ryby, a dno jest puste i wydaje się prawie martwe. Na dwudziestym metrze jest już właściwie ciemno. (Przynajmniej gdy my nurkowaliśmy, bo podobno bywa różnie).  Mniej więcej na tej głębokości znaleźliśmy zatopioną łódkę i oglądaliśmy namiastkę skał podwodnych. Całość robi wrażenie niezapomniane.
Jedno zejście na tym etapie nurkowania trwa około pół godziny. I jest zaskakująco męczące. Wbrew pozorom organizm najwyraźniej potrzebuje sporo wysiłku, żeby jakoś się dostosować do takiego wysokiego ciśnienia. (Jakby nie patrzeć na tych dwudziestu metrach panuje atmosfera jak w kole dostawczego samochodu!)
  Poza nurkowaniami mieliśmy codziennie średnio dwie godziny wykładów, więc pozostało nam sporo czasu na zwiedzenie okolicy Błaskowizny, czyli miejscowości,  w której było nasze centrum nurkowe.
  Dzięki temu mogliśmy troszkę nacieszyć zmysły pięknymi suwalskimi okolicznościami przyrody.
 

Okolice Błaskowizny

 
Gospodarstwo nad Szeszupą


Molenna staroobrzędowców w Wodziłkach.
Staroobrzędowcy to ortodoksyjni prawosławni, którzy nie zgodzili się z reformą ich kościoła w XVII wieku i uciekając przed prześladowaniami, z Rosji trafili między innymi do Wodziłek, gdzie kilka osób do dziś kultywuje dawne tradycje. Molenna to ich dom modlitwy.


Staw Turtulski koło Dyrekcji Suwalskiego Parku Krajobrazowego.


Krótko mówiąc: bardzo się cieszę, że mogliśmy spełnić marzenie, tym bardziej, że chyba dało nam ono nawet więcej frajdy niż się spodziewaliśmy.

Pamiątkowa fotka z instruktorami

A i Suwalszczyzna po raz kolejny zapewniła nam moc wspaniałych wrażeń i widoków. Liczę na to, że ten początkowy kurs był tylko preludium do dalszych bliskich spotkań z różnymi wodnymi głębinami.


Nadchodzi wieczór.
Warszawa, czerwiec 2017.




























17 lutego 2018

Po co mi to gospodarstwo...


 Po co mi to gospodarstwo?

Zamieszkać we własnym domu – to marzenie niejednej młodej pary, która właśnie  rozpoczyna wspólne życie. Tak samo marzyliśmy i my. Trochę nawet w tym kierunku robiliśmy: dwadzieścia lat temu ziemia nie była jeszcze tak abstrakcyjnie droga jak obecnie, więc kupiliśmy okazyjnie działkę budowlaną, a po kilku latach znów zainwestowaliśmy i postawiliśmy na niej drewniany dom z bala. 
 
 Budowa tego domu to była prawdziwa przygoda.

To był stary dom, przeniesiony spod Ostrołęki.
Ale już w trakcie jego wykańczania zdaliśmy sobie sprawę, że to nie jest dom dla nas; był za mały dla rozwijającej się rodziny, a dla mnie zbyt mała była działka wokół niego.    
   Wykańczałem go ze świadomością, że raczej nie robię tego dla siebie, lecz na sprzedaż.  Ale dzięki temu doświadczeniu dużo dowiedziałem się o drewnie i polubiłem pracować z drewnem.


  Dom spod Ostrołęki przeniosła mi firma. Ale wykańczałem go sam. Tu już dobudowany taras. Uważam nieskromnie, że wykonanie tych słupów i łukowatych podpór to było coś!


Wciąż pojawiające się wątpliwości co do sprzedaży tamtego domu rozwiało ostatecznie znalezienie naszej posiadłości, w której obecnie mieszkamy. Opisuję to w innym rozdziale.
  Już gdy pierwszy raz oglądaliśmy nasze siedlisko, zaczęliśmy planować jak będzie tu wyglądało nasze życie. Od razu stwierdziliśmy, że to świetne miejsce na założenie gospodarstwa agroturystycznego. Do centrum Warszawy jest mniej, niż czterdzieści kilometrów, a okolica sprawiała wrażenie, jakby przemiany lat dziewięćdziesiątych i dziesiątych zupełnie ją ominęły. (Dziś to się mocno zmieniło – nie jest już, niestety – stąd tak daleko do cywilizacji, jak te dziesięć lat temu). Ale wciąż jeszcze można się tu zaszyć i spokojnie zapomnieć o istnieniu wielkiego miasta tuż za widnokręgiem. Więc ta dziewicza natura krok od miasta miała być podstawowym atutem tego miejsca. O inne atrakcje miałem zadbać sam.
    Dla mnie priorytetem było wykopanie stawu. 


I staw jest! Mam z nim wiele kłopotów... kiedyś je opiszę. Widok z usypanej góry. 

Posiadanie własnej wody to moje marzenie, jeśli nie z dzieciństwa (wtedy -  w czasie komuny - ciężko było wyobrazić sobie spełnienie jakiegokolwiek marzenia), to z lat młodzieńczych. Więc wtedy, gdy pierwszy raz oglądaliśmy posiadłość, ja już oczyma wyobraźni widziałem swój wymarzony staw. Zastanawiałem się, jak malowniczo będzie wyglądał jego brzeg wznoszący się wysoko nad wodą, aż do szczytu góry, którą usypię z wykopanego urobku… Staw miał mieć urozmaiconą linię brzegową, z kładkami i pomostami, i koniecznie wyspą, połączoną z lądem łukowatym drewnianym mostkiem. 
 
...a tu ma być kiedyś mostek...

Woda w stawie miała się oczyszczać i natleniać dzięki kaskadzie spływającej między kamieniami ułożonymi na jednym z brzegów. 

 

Ryby w stawie też się zdarzają,  tylko łowić nie mam kiedy.

  Nad stawem chciałem postawić ze trzy domki letniskowe, których mieliśmy użyczać na weekendy lub na dłużej znużonym codziennym pędem i spracowanym warszawiakom…
  Domki też właściwie miałem wymyślone na poczekaniu: styl rustykalny, ściany z bali, przestronne tarasy, dwuspadowe, kryte wiórem dachy, dużo zieleni dookoła, zejście bezpośrednio do stawu i pomostu, niskie drewniane płotki dookoła. W środku połączenie nowoczesnej funkcjonalności i wygody z surowym drewnem i białym ścianami…


Ale generalnie to wszystko zarasta i piękna posiadłość zamienia się w dżunglę. Z góry zimą jeszcze coś widać, ale już chyba niedługo...


  Gdy już kupiliśmy działkę, długo rysowałem różne plany jej zagospodarowania. Ale zawsze powtarzały się pewne motywy: góra, najchętniej z jakimś gołoborzem na jednym ze stoków i z wieżą widokową. 
 
A na zboczu góry zamiast gołoborza wypiętrzyło mi prawdziwą skałę, do tego z jaskinią. 

A dalej łąka i las, gdzie wśród różnorodnych drzew (oczywiście od razu dorodnych!) turyści odwiedzający mój raj na ziemi mogliby zażywać najbardziej pierwotnego, głębokiego kontaktu z przyrodą. Do tego jakieś miejsca na ognisko, altanki i ławki. Pamiętam, że miałem problem, czy na takiej wąskiej działce zmieszczę boisko do nogi z placem zabaw
  Ponadto przydomowy ogródek. Oczywiście oprócz ogrodu warzywnego, koniecznie miał się zmieścić również sad z całą gamą najprzedziwniejszych krzewów i drzewek owocowych..
  Myślałem, jak wykorzystać zabudowania; gdzie będzie stolarnia, w której komórce muzeum i czy ze stodoły da się zrobić świetlicę…
  Miałem dziesiątki podobnych genialnych pomysłów na zagospodarowanie posiadłości, ale wszystkie te marzenia miały jedną zasadniczą wadę: były mało realne do wykonania.
  Nie samemu i nie bez pieniędzy, które zdobywam na codzienne potrzeby na nie oszałamiająco płatnym etacie.
  Właściwie to się nawet sobie dziwię, że nie wpadłem w jakąś depresję, gdy wreszcie dotarło do mnie, że moje rozległe plany to kompletne mrzonki. Więcej – dziś, po kilku latach, gdy już widzę, że nie ogarniam za bardzo nawet bieżących potrzeb i konieczności, a co dopiero mówić o jakimś rozwoju i rozbudowie – wciąż jeszcze radośnie brnę w tą moją ułudę i liczę na jakieś chociaż okruchy z tego, co miało być. 

 
To ma być w przyszłości świerkowy żywopłot. Na razie jest co wyciąć na święta.

A to dosadzam jakieś drzewa, wykonałem pomost, czy huśtawkę… I choć zdaję sobie sprawę, że w takim tempie, aby zrealizować połowę moich zamierzeń musiałbym żyć chyba ze dwieście lat, to póki co mnie to nie przeraża. Mam cel, dążę do niego i pewnie tak już zostanie. I  chyba mi ten stan nawet odpowiada.

Zgodnie z planem zagospodarowuję posiadłość również małą architekturą. W karmniku zalęgły mi się niezwykle rzadkie... ptakoty.

  
A teraz jeszcze pisanie tego bloga… tak jakbym miał za mało rzeczy do zrobienia! No cóż, ale skoro już walczę z otaczającą mnie rzeczywistością i staram się ją okiełznać i podporządkować, to czemu się nie podzielić moimi zmaganiami z widownią? Może to kogoś zainspiruje, może zaciekawi lub rozbawi? Więc jeśli już, Drogi Internauto, trafiłeś na tą stronę i jesteś ciekaw jak wygląda zderzenie z rzeczywistością człowieka, który postanowił zamieszkać na wsi i do tego rozwinąć na tej wsi skrzydła  - to zapraszam do dalszej lektury. 
  Będę starał się podzielić swoimi poczynaniami szczerze i na bieżąco. Będę opisywał jak sobie radzę i co z mojej listy marzeń udało się zrealizować. 
  Czy dziś coś pozostało z dawnej euforii?
  Jak życie zweryfikowało moje założenia?
  Czy wreszcie uda mi się stworzyć z sukcesem choćby namiastkę gospodarstwa agroturystycznego?
  Zapraszam do przeglądania moich wpisów również tych, którzy mają swoje marzenia i chcieliby je skonfrontować z moimi doświadczeniami . Może lektura tego bloga doprowadzi Was do odpowiedzi na nurtujące Was pytania.









25 stycznia 2018

Buduję meble. Szafeczka narożna. Część 1.

Buduję meble.
Szafeczka narożna. Część 1.

W domu wciąż trwają prace remontowe i wykończeniowe. Ostatnio zająłem się między innymi kolejną szafką, którą powinienem wykonać w sypialni mojej młodszej córki.
    Do tej pory zdarzało mi się projektować i wykonywać meble z płyt meblowych, które zamawiałem w składzie z płytami. Otrzymywałem je już przycięte na wymiar i z - na ogół – wykończonymi obrzeżami.
 

Biurko z płyt meblowych wykonane "na wymiar" w pokoju starszej córki.
 
  Trudność w wykonaniu takich mebli polega właściwie na obmyśleniu dobrego projektu oraz na porządnym zwymiarowaniu. Samo skręcanie – jeśli nie popełniło się błędu przy rysunkach (i przy cięciu się nie pomylili – co niestety się zdarza!) – jest tak proste jak składanie klocków. Mebli z płyt zrobiłem co najmniej ze dwadzieścia i muszę się pochwalić, że - jak do tej pory – nie musiałem wywalić płyty, którą zamówiłem, bo była źle zwymiarowana... co, biorąc pod uwagę moje wrodzone roztrzepanie, poczytuję sobie za osobisty sukces.
  Ale ostatnio poszedłem dalej – i zacząłem robić meble z desek. Drewniane meble mają kilka przewag nad płytowymi i jedną zasadniczą wadę: trudniej się je robi.
 
 Drewniana szafka - składzik na "przydasie" stojąca w komórce. Na zdjęciu przymierzam do niej drzwiczki.

 
   Na początek – i tu różnic nie ma między meblem z płyty i z drewna – projekt. Muszę sobie mebelek dokładnie wyobrazić. Czego potrzebuję, gdzie półka, gdzie szuflada, w którą stronę drzwi… Powinienem też na tym etapie się zastanowić jak połączę poszczególne elementy, być może również, jakie będzie ich obciążenie, jak to wszystko będzie się wizualnie komponować. Od pomysłu przechodzę do naszkicowania mebla. Rysunek musi uwzględniać wszystkie wymiary podstawowe – i to jest właściwie najłatwiejsze w projektowaniu. Musi jednak także uwzględniać wymiary już nie tak oczywiste: grubości ścian, głębokości półek, szerokości ewentualnych szuflad, czy „szpary” w drzwiczkach. I to już – przynajmniej dla mnie – amatora – jest wyzwanie i temat do głębszej analizy.
   Tu, na poddaszu, gdzie ma zostać wykonana szafeczka, dodatkowym utrudnieniem są wszechobecne skosy. One to także przyczyniły się do tego, że postanowiłem robić meble drewniane. Skosy trudno się obrabia, trudno oblicza, a płyty meblowe zamówione w danym wymiarze raczej ciężko jest przyciąć w przypadku jakiejkolwiek pomyłki lub niedopasowania. Drewniane blaty zaś wielokrotnie można podciąć, podszlifować – tak żeby spasowały jak najdokładniej. Po doświadczeniach z wykonaniem szafy, która już w pokoju stoi – uważam, że to był słuszny pomysł. Ilość jej przymiarek i docięć – właśnie ze względu na skos - doprowadzała mnie do dzikiej rozpaczy.
   Po zaprojektowaniu i wykonaniu rysunków przychodzi pora na wyciągnięcie ze stodoły suszących się tam desek, przeheblowanie ich i przycięcie na przybliżony wymiar. A potem klejenie.
 
Kleję jeden z blatów do opisywanej szafeczki.

 
  I tu znowu – można to robić różnie: ambitnie i na skróty: Gdy robiłem córce szafę, to kleiłem deski na obce pióro. Nacinałem deskom felce frezarką i wklejałem w nią listewkę – i potem, przy pomocy ścisków stolarskich sklejałem wszystko razem. Ale doszedłem do wniosku, że to praca nie warta zachodu. Podczas schnięcia -  tam, gdzie się miały pojawić szpary – to się pojawiły, a poklejone z desek płyciny, gdy postały parę dni w domu, i tak powichrowały się jak żagiel. Z drugiej strony blaty, gdy się je już poskręca w całość – i tak się wzajemnie wzmacniają i usztywniają, więc stwierdziłem, że nie ma co bawić się z wklejaniem obcego pióra i obecnie kleiłem dechy już tylko na styk. Przy czym jedną z dwu sklejanych krawędzi podfrezowywałem lekko beczkowym frezem, abym miał szansę docisnąć deski szczelnie do siebie. Efekt – całkiem niezły. Szpar między klejonymi deskami znacząco mniej niż przy metodzie na obce pióro. Jeśli chodzi o wytrzymałość - połamał się tylko jeden z blatów, a i to jedynie dlatego, że położyłem go na noc na stosie innych desek, skąd zrzuciły go zapewne nasze wszędobylskie kocury. 
 
 Cztery poklejone blaty czekają na dalszą obróbkę...


  Gdy już posklejałem płyty, (to tak się łatwo pisze, ale w mojej rzeczywistości klejenie jednego blatu trwa co najmniej dobę, bo mam jedynie parę długich ścisków, a dobę trwa wysychanie kleju stolarskiego) nadszedł czas na ostateczne ich docinanie – już na wymiar.

  W przypadku tego konkretnego mebla doszła jeszcze dodatkowa czynność - mianowicie wycięcie łuków w blatach. (Szafka będzie upchnięta w kąt, dlatego muszę wykonać łukowate drzwiczki, żeby się w ogóle można było dostać do środka).
 
 ...wycinanie. Ta brązowa płyta to oczywiście szablon. Widać pierwsze, płytkie jeszcze nacięcie wykonane frezarką wzdłuż krawędzi szablonu.

 
  Tu poradziłem sobie przy pomocy ręcznej frezarki oraz szablonu. Mam wyrzynarkę ale nie lubię nią pracować, bo błyskawicznie się tępią ostrza, których potem nie można dokupić. A poza tym system trzymania ostrza jest mocno niedopracowany i jest strasznie nieprecyzyjna.

A tu wycięte w półkach "łuki", w których w przyszłości będą drzwiczki.
 
  Po wycięciu łuków pod przyszłe drzwiczki, pozostało dokręcenie do tylnej ścianki podpór, do których będę mocował kolejne półki mebla. Szafeczka ma bowiem stanąć w tak trudnym do zabudowy rogu, że muszę ją składać po jednej płycie, ponieważ nie możliwe jest złożenie jej w całość i wsunięcie na przeznaczone miejsce. I jednocześnie nie mam do niej dostępu z tyłu - wszystko mogę  skręcić jedynie od frontu. Po dokręceniu podpórek pozostało mi frezowanie wykończeń o
raz szlifowanie, czy raczej cyklinowanie (w końcu szlifuję płaskie powierzchnie, niwelując minimalne nierówności między deskami).  
 
 Szlifowanie...

 I można dokonać próbnej przymiarki…
 

Na pierwszy rzut oka wygląda, że coś się da z tego poskładać.
 
Jakie są efekty tej przymiarki, czy jest szansa, że szafeczkę uda mi się wykonać i czy będzie ona jakoś się komponować w pokoju – o tym w drugiej części artykułu „Buduję meble”. Zapraszam za kilka dni.